Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 486 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Mój ostatni wpis

środa, 06 lipca 2011 14:43

Pewien etap mojego życia się skończył. Będę zawsze mile wspominała swój bloog. Dalej nie chcę go pisać, bo przestał on być anonimowy. Dziękuję za wszystkie komentarze, miłe słowa. Zostawiem bloog na pamiatkę. Trzymajcie się, jutro będzie lepiej! Serca w górę! ASOL


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (19) | dodaj komentarz

Mój najtrudniejszy wpis.

piątek, 01 lipca 2011 22:05

W ostatnich dniach maja w szpitalu zmarł mój ojciec. Nienawidzę miejsca,  w którym umarł, ale nie mam siły, żeby to opisać. Jakieś strzępy słów, obrazów wciąż krążą wokół mnie. Jakieś fragmenty wierszy rodzą się z mojej bezgranicznej, niewypowiedzianej rozpaczy:

"W błękicie oczu twoich jezior

wyblakłych od raka

tonę bez pocieszenia.

Przepływamy razem bezmiar szpitalnego łóżka

złączeni ciepłem twojej dłoni..."

Słodki odór środków do dyzynfekcji ulatnia się z czarnego worka na śmieci - pożegnalnej walizki, gdzie zatonęły zerwane ze stygnącego ciała przepocone, zakrwawione rzeczy mojego ojca.

- Proszę podpisać - powiedziała pielęgniarka - oto zegarek.

W trumennym pokoju na łóżku leżała zawinięta w wilgotne prześcierdła mumia mojego ojca.

- Mogę odsłonić mu twarz? - zapytałam.

- Oczywiscie - odpowiedziała pielęgniarka i wyszła.

Ostrożnie odsunęłam mokrą szmatę z jego głowy. Oczy miał zamknięte. Usta rozpaczliwie otwarte. Zrozumiałam, że się udusił, że oto nadeszła ta przerażliwa chwila, która czekała na mnie przez te 14 lat, kiedy pierwszy raz usłyszałam diagnozę: "Brodawczak złośliwy", wypowiedzianą spokojnie i bez najmniejszych emocji przez lekarza. Teraz czasami płaczę...wyję... Nie chcę zadręczać innych swoją żałobą. Budzę się rano i myślę, że zaraz muszę coś przygotować dla ojca do szpitala. Już nie muszę. Kiedy przejeżdzą obok szpitala (mijam go w drodze do pracy) zamykam oczy, staram się  nie myśleć o moim ojcu, o tym, że nie mógł umrzeć we własnym domu. Każdy powinien właśnie tam umierać. Nie mogłam mu w tym pomóc. To boli mnie najbardziej, właśnie to...      

  

 

 

 

 


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (11) | dodaj komentarz

Jak żyję

poniedziałek, 28 marca 2011 0:40

Żyję w ciągłym kołowrocie. Ciągle pomagam rodzicom i córce. A tu czas mija i mój urlopo zdrowotny kończy się, więc myśli moje biegną do pracy, ale ponieważ nic się tam nie zmiania na lepsze dla mnie, myślę o tym ze wstrętem i odrazą. Jakoś się będę musiała przymusić, bo trzeba z czegoś żyć. Już nie jest ta praca moją pasją, radością, wytchnieniem, a przymusem i koniecznością. Takie są konsekwencje wieloletniego mobingu. Czegóż mogę się tam spodziweać poza wieczną nagonką? To że mogłam się zdystansować do pracy, jeszcze bardziej uświadomiło mi beznadziejność mojej sytuacji. Pocieszam się, że moje wampirzyce odejdą za 3-4 lata, więc może choć parę ostatnich lat przed emeryturą odetchnę.

Moja słodka wnuczka rośnie. Skończyła już 2 miesiące. Umie powiedzieć "A-gu!" i "A-ła", rży jak konik, kiedy z zadowoleniem ssie mleko z butli, pięknie się uśmiecha się, miała już kolki, pleśniawki, drobny katar. Normalka. Mogę patrzeć na nią bez końca... Nie wiem do kogo jest podobna. Wydaje mi się, że do córki, a córka twierdzi, że do mnie... a tak naprawdę chyba do siebie. 

 Udało mi się zmusić lekarzy do podania ojcu krwi, więc chyba chwilowo jest lepiej. Nawet złapałam drobny oddech, chociaż często płaczę nad ojcem, matką, cierpieniem wszystkich chorych na raka i bliskich, którzy towarzyszyą im w ich ostatniej drodze. Tak się stało, że brat, który jest chirurgiem, mieszka 100 km od naszego miasteczka i nie ma możliwości udzielać rodzicom zbyt często pomocy, więc większość obowiązków spada na mnie. W przyszłym tygodniu chcę załatwić ojcu choć drobną pomoc z domowego hospicjum. Ojciec ma stomę w nerce, cewnik w cewce moczowej i jątrzące się wrzody rakowe na plecach. Potrzebna jest mu więc zmiana codziennych  opatrunków. Robi to mama, ale ma 82 lata i wysiada jej kręgosłup... Powiedziano mi, że pielęgniarki z hospicjum przychodzą 2 razy w tygodniu. Odciążyłyby mamę. Raz na 2 tygodnie odwiedza pacjenta w domu lekarz-onkolog. Ojciec nie chce pogodzić się z tym, że nie ma już żadnych metod leczenia jego raka. Na szczęście ten nowotwór nie daje silnych odczuć bólowych. Uważam, że to wielkie szczęście, ale zobaczymy co będzie dalej.

Pogodziłam się z faktem, że sensem mojego życia stało się służenie innym. Nie narzekam. Wypełniam swoje obowiązki i chwilami czuję się bardzo zmęczona, ale może dzięki temu, kiedyś ktoś z moch dzieci pochyli się nade mną... Uczymy innych na własnym przykładzie...

     


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (14) | dodaj komentarz

Mam wnuczkę!!!

wtorek, 22 lutego 2011 23:03

Bardzo zaniedbałam pisanie bloga, ale tyle się działo... 18 stycznia urodziła się moja wnuczka. Oto jej fotka tuż po porodzie:

Było to bardzo stresujące, ale wspaniałe wydarzenie. Nie mogę opisać wszystkiego, bo nie mam na to siły (dopadła mnie grypa), ale kiedyś to zrobię. Jestem więc szczęśliwą babcią. Moja córka radzi sobie dobrze w roli mamy. Było jej poczatkowo ciężko, gdyż ze względów zdrowotnych miała "cesarkę", a potem 10 dni przebywała z dzieckiem w szpitalu. Teraz życie się unormowało. Jestem przygnębiona, gdyż mój ojciec ma "wznowę" i na to już nic nie można poradzić. Trudno jest się z tym pogodzić. Parę dni po narodzinach wnuczki zmarła babcia zięcia. I takie jest życie - narodziny i śmierć jednocześnie.  Pomagam więc rodzicom, córce. Czasami wspominam, że przecież mam bloog, ale oni wymagają natychmiastowych działań, a to może poczekać...      

 


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (11) | dodaj komentarz

Święta

niedziela, 26 grudnia 2010 23:08

Wiele zdrowia, pomyślności, sukcesów, radości życzy wszystkim z okazji

Świąt Bożego Narodzenia całego serca

Asol

 




Podziel się
oceń
2
1

komentarze (13) | dodaj komentarz

Pani Barbara Kwarc

piątek, 10 grudnia 2010 21:54

Jestem bardzo grzeczną dziewczynką. Tytuł zobowiązuje. Moje wykłady z literatury podobają się studentom. Na dodatkowe wykłady z najnowszej literatury rosyjskiej albo o twórczości Bułhakowa (do wyboru) przychodzą bez przesady tłumy. Lubię opowiadać ludziom o pisarzach, których kocham. Pisząc blog, unikam wulgaryzmów i ostrych wypowiedzi, chociaż wiele rzeczy na tym świecie okropnie mnie wkurza. Przez przypadek trafiłam na YouTube na wideobloog pani Barbary. Chociaż nie wszystko mi się tam spodobało,to w duchu podziwiam tę kobietę za odwagę mówienia tego, co myśli. Kiedy dopada mnie podły nastrój, oglądam panią Basię. Polecam jej blog zdołowanym i smutnym, jeśli nie są hipokrytami. Mówi to, co w duchu myślą inni, ale nie mają odwagi się z tym zdradzić.   


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (14) | dodaj komentarz

Wrażenia z podróży. Strajk na lotnisku w Granadzie

sobota, 04 grudnia 2010 22:01

Sprawa strajków na hiszpańskich lotniskach jest obecnie nagłośniona przez wszystkie media. Kiedy wracałam z konferencji w Hiszpanii sama mogłam doświadczyć okropności takiej sytuacji. Noc przed wylotem prawie nie spałam, gdyż o 3 rano trzeba było wstać, żeby dotrzeć na czas na lotnisko. Byliśmy pierwszymi pasażerami, którzy się zjawili na lotnisku. U nas trzeba być 2 godz. przed wylotem, a w Grenadzie 30-40 minut. Siedzieliśmy więc jak idioci na pustym lotnisku tylko ze sprzątaczką. Nareszcie zaczęli przybywać inni pasażerowie, również uczestnicy naszej konferencji. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce, która prawie się nie przesuwała. Robiło się jakoś dziwnie nieprzyjemnie, wszyscy zaczęli przepychać się do stanowiska obsługi, a po chwili na lotnisku wrzało. Na szczęście jeden z gości konferencyjnych, który biegle znał hiszpański zaczął nam tłumaczyć, że lot do Madrytu jest odwołany. Powodu nie podano. Jakoś nikt nie próbował nawet się tłumaczyć. Zaproponowano pasażerom, żeby poczekali na samolot do następnego dnia w Granadzie, albo pojechali podstawionym autobusem do Madrytu. Wybraliśmy drugie rozwiązanie, gdyż godząc się na nie, stawaliśmy się podopiecznymi linii lotniczych. Podróż do Madrytu trwała 5 godzin. Na lotnisku dano nam kupony na obiad w barze (nawet było sympatycznie), a potem zaproponowano nam lot do Wiednia (nasz samolot do Warszawy już odleciał). W Wiedniu wpakowano nas natychmiast do samolotu do Warszawy. Zatelefonowałam z Wiednia do syna, żeby przyjechał po nas na Okęcie samochodem (dwie godziny jazdy), bo byliśmy już kompletnie wykończeni. W Warszawie zakomunikowano nam, że nasze bagaże zostały w Wiedniu i przywiozą je nam do domu za dwa dni. Najbardziej zmartwiliśmy się, że jeśli zaginą, to przepadną nam opublikowane materiały pokonferencyjne (książka została wydana przed konferencją). Na szczęście po dwóch dniach przywieziono nam bagaże. Po tych wszystkich przeżyciach postanowiłam, że do Hiszpanii więcej nie pojadę. Jakoś nie mam do niej serca. Co innego Kreta. Moje klimaty...

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (13) | dodaj komentarz

Tytuł bloga. Dlaczego taki?

piątek, 29 października 2010 20:15
Mój blog ma taki, a nie inny tytuł, bo nic nie mogłam sensownego wymyśleć przed laty, kiedy go zakładała. Ciągle pojawiał się napis, że taki tytuł już jest. Wzięłam więc pierwsze strofy mojego wiersza "Szczególny odcień czerwieni” (tekst jest w drugim wpisie) i wtedy okazało się, że takiego tytułu nie ma. Nie jest więc tytuł związany z moimi kłopotami ze wzrokiem. Wtedy jeszcze ich nie miałam. Obecnie skończyłam laserowanie oka. Teraz czekam na ciąg dalszy. Mają mi podać do oka jakiś strasznie drogi lek - LUCENTIS (refundowany), który ma zapobiec odrastaniu naczyń krwionośnych. Trochę się tego boję, ale na szczęście mam w zapasie drugie sprawne oko. To tyle.  

Podziel się
oceń
0
1

komentarze (10) | dodaj komentarz

Konferencja w Granadzie

środa, 27 października 2010 11:57
p { margin-bottom: 0.21cm; }

Konferencja w Hiszpanii była dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Do Granady leciałam razem z mężem i naszą koleżanką samolotem z Warszawy z przesiadką w Madrycie. Mieliśmy tylko 4 godziny na zmianę samolotu, więc samego miasta nie widziałam, lotniska też, a jedynie portal nr 4, gdzie się przesiadaliśmy. Dało to mi jakieś wyobrażenie o całości. Kosmiczna budowla, piękne pastelowe kolory, seledyn, zieleń, odcienie żółtego, wszędzie czysto, jasno i ku mojej radości specjalne szklane kabiny dla palaczy. Ćmiłam więc sobie fajeczki, rozkoszując się sytuacją, że nareszcie ktoś pomyślał o samopoczuciu palaczy na lotnisku, z którego praktycznie trudno wydostać się na zewnątrz. Wentylacja w kabinach (bez dachu i drzwi, a jedynie odgrodzonych od niepalących szklanymi ścianami) była tak świetna, że poza kabiną nie czuć było zapachu nikotyny. Bardzo mi tym Hiszpanie zaimponowali. Wieczorem (koło północy) dotarliśmy taksówką do centrum miasta do naszego hotelu. I tu drobna niespodzianka. Panienka w recepcji beztrosko oznajmiła nam, że nasze zamówienie na pokoje, choć potwierdzone przez hotel już w marcu, zostało anulowane. Tak oto stanęliśmy oko w oko z prawdziwą Hiszpanią. Powodem była pomyłka w numerze karty płatniczej, którą wpisała do zamówienia koleżanka. W hotelu nikt nie pofatygował się, żeby wcześniej nas o tym poinformować. Na pytanie, co teraz mamy zrobić, dziewczę beztrosko odpowiedziało, że szukać innego hotelu, po czym chyżo wyskoczyło na ulicę, gdzie wesoło zaczęło paplać z grupą znajomych. Skamienieliśmy. Organizatorzy konferencji nie podali nam żadnego numeru telefonu, gdzie moglibyśmy szukać pomocy w tak dramatycznej sytuacji. Koleżanka gorączkowo zaczęła wertować rozmówki polsko-hiszpańskie. W tym momencie do recepcji wkroczył zabójczo przystojny Hiszpan z oczami czarnymi jak hiszpańska noc. Mógł być w wieku mojego syna, więc nie mogłam liczyć na swój urok osobisty (byłoby to coś w rodzaju kazirodztwa), a jedynie na współczucie do zrozpaczonej matki. Głosem najbardziej dramatycznym i przejmującym krzyknęłam rozpaczliwie „Help!” (było to jedno z nielicznych angielskich słów, które zostało wskrzeszone w mojej pamięci). Z pomocą języka migowego oraz rozmówek nakłoniliśmy chłopaka do jakichś działań. Zaczął obdzwaniać hotele. Dziewczyna po skończonych pogaduszkach też zaczęła przejawiać nami jakieś zainteresowanie. Najpierw zaproponowała nam wspólny pokój na cały pobyt (8 dni), ale zdecydowanie odmówiliśmy. W końcu stanęło na tym, że jedną noc prześpimy się razem, a następnego dnia dostaniemy obiecane pokoje. Skrajnie wyczerpani nareszcie dobrnęliśmy do pokoju. Wyciągnęliśmy elektryczny czajnik (wozimy taki ze sobą), kubki oraz zapasy i pokrzepieni na ciele zwaliliśmy się spać, przepraszając naszą koleżankę za chrapanie, bo niestety chrapiemy, z czego zawsze śmieją się nasze dzieci, a czego my nie słyszymy. Widocznie po tylu latach spania razem uodporniliśmy się na chrapanie. Następnego dnia w południe przenieśliśmy się do właściwych pomieszczeń. Nasz pokój był niezwykle sympatyczny. Najbardziej spodobał mi się widok z przeszklonego balkonu na ulicę. Lubiłam siedzieć tam wieczorem i obserwować spacerujący tłum, niebo, księżyc i gwiazdy. Czysta romantyka. O reszcie później.


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Nareszcie męska decyzja - urlop zdrowotny

czwartek, 07 października 2010 23:08
Po wielu miesiącach prób leczenia swojego nieszczęsnego oka i pracy na dwa etaty doszłam do punktu krytycznego. Postanowiłam odpocząć. Jako nauczyciel akademicki mam prawo do półrocznego urlopu zdrowotnego, więc zdecydowałam się ubiegać o taki urlop. Lekarze poparli moje starania, bo napradę trudno pogodzić wielokrotne laserowanie oka z normalnym życiem. Poczułam, że to już kres moich fizycznych możliwości. Teraz będę mogła poświęcić więcej czasu na pisanie bloga, chociaż muszę ograniczyć pracę z komputerem, ale blog zajmuje parę minut, a praca wymaga siedzenia wielogodzinnego. Czuję też, że zmęczyła mnie uczelnia, ciągłe szarpanie się z moją nową (od dwóch lat) szefową, która ma wyjątkowo paskudny charakter (mania wielkości). Lubię pisać. Jest to jedyne zajęcie, które nigdy mnie nie męczy. Lubię pisać wszystko -  artykuły, wiersze, głupoty na blogu. Wtedy czuję się wolna i niezależna od innych. Wiele jest trudnych spraw i drażliwych tematów, o których dotychczas nie pisałam, ale napewno o tym napiszę, tak sadzę.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Nie ma większego cierpienia, jak oślepnąć w Grenadzie

wtorek, 14 września 2010 19:22

Tak głosi ponoć napis na murach Alhambry. Widziałam Grenadę i Alhambrę - jej najwięszy zabytek, jeden z cudów świata. Właśnie wróciłam z konferencji w Hiszpanii. Byłam w tym kraju pierwszy raz, więc wszystko mnie ciekawiło. Wakacje miałam bardzo sympatyczne (mimo kłopotów z okiem). W sierpniu byłam dwa tygodnie w Bułgarii w Słonecznym Brzegu. Niestety podciekały mi naczynia w oku po kazdym większym wysiłku. Chodziłam więc na plażę około 18, żeby popływać. Południe spędzałam na łóżku w hotelu, schładzając się klimatyzacją. Rano trochę pływałam w basenie, chociaż dotychczas przeważnie nigdy nie korzystałam z basenów, będąc nad ciepłym morzem. I tu spotkała mnie bardzo ciekawa niespodzianka. Naszymi sąsiadami byli Polacy - małżeństwo w podobnym do nas z mężem wieku. Kiedyś rzuciłam mimochodem, że udało mi się nauczyć pływać meża bratową. To bardzo zaciekawiło moją sąsiadkę. Nie sądziłam, że marzy ona o pływaniu. Następnego dnia w basenie poprosiła mnie o lekcję pływania. Przyglądał się temu mój syn i wpadł na pomysł, żeby sąsiadka założyła maskę i rurkę. Pomysł wypalił. Ku naszemu zdumieniu po  dniu ćwiczeń nasza sąsiadka była w stanie trzy razy samodzielnie opłynąć basen. Było to zdumiewające, ale w dużym stopniu możliwe dzięki temu, że basen był płytki (wszędzie woda sięgała po szyję i dosyć mały). W każdej chwili kobieta mogła stanąć i zdjąć maskę. Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że maska i rurka mogą tak pomagać w pływaniu. To tyle o sympatycznej Bułgarii. Teraz słów kilka o Grenadzie. Znalazłam dużo bloogów z jej opisami, więc nie będę bawiła się w przewodnika turystycznego. Napiszę o swoich osobistych odczuciach. Jak zwykle spotykają mnie różnego rodzaju "przygody". O Hiszpanii wiedziałam tyle ile wie przeciętny Europejczyk, czyli bardzo mało. Walki byków, tańce flamenco, Don Kichot, Kolumb itd. Hiszpania nie zdobyła mojego serca, tak mogę ująć to najogólniej. Surowe krajobrazy, dosyć obojętni ludzie (tak postrzegam organizatorów konferencji), średnio gościnni, jedzenie nie w moim guście. Najbardziej spodobała mi się architektura miasta, zamek Alhambra, kręte uliczki starego miasta. Mieszkańcy Grenady wyróżniają się spośród innych niezwykłą elegancją i przepychem strojów. Widziałam parę razy gości weselnych przed kościołami. Fraki, smokingi, balowe suknie niesamowicie wyworne. Wieczorami wyelegantowane tłumy wylegają na ulice. Kobiety w każdym wieku są ufryzowane, wystrojone, pachnące dobrymi perfumami. I gdzie tu ten kryzys? W podkoszulkach i szortach chodzili ubrani jedynie turyści. Na szczęście wzięłam ze sobą parę bardziej szykownych cuchów (przecież pojechałam na międzynarodową konferencję), więc nie czułam się źle ubrana, ale pomyślałam sobie, że ludzie, którzy tak wielką wagę przywiązują do strojów, nie są z mojej bajki. Może dlatego idealiści (Don Kichot) są postrzegani przez nich jako idioci i szaleńcy? 
 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Mój czas wiedźmiński nadchodzi, czyli będę BABCIA!!!

poniedziałek, 19 lipca 2010 14:05
Moja ulubiona rosyjska poetka Marina Cwietajewa napisała kiedyś bardzo sympatycznie o swoim starzeniu się. Cytuję jej wiersz, a właściwie krótki poemat pt. "Młodość", w przekładzie Joanny Salomon (część druga, część pierwsza jest znacznie bardziej pesymistyczna):

Już niedługo z jaskółeczek - w wiedźmy!
Młodości! To rozłąki przeddzień.
Jeszcze stańmy na wietrze nad mostem.
Smagła ty moja! Pociesz siostrę!

Mignij malinową swą spódniczką.
Młodości moja! Moja ty różyczko
Smagła! Zgubo - duszy miła!
Młodości moja! Tańcz, wywijaj!

Śmignij szalem lazurowym, mała
Figlarko moja!  Już pofiglowałam
Z tobą! Rozwesel mnie! Smagnij!
Złoteńko moje - żegnaj, skarbie!

Nie bez kozery rękę twoją tulę.
Jak kochanka żegnam ciebie czule,
Wyszrpnięta z piersi mych głębiny -
Młodosci moja! - Idż do innych!

20 listopada 1923  


Właśnie o tym tekście pomyślałam, kiedy dowiedziałam się, że moja córka jest w trzecim miesiącu ciąży. Bardzo się cieszę, tak bardzo, że aż się boję swojej radości, żeby nie zapeszyć.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Takie sobie dyrdymałki

sobota, 19 czerwca 2010 0:24
Ciągle jestem zawalona robotą - koniec semestru, obrony, egzaminy. Dziś miałam obrony dwóch magistrantek, które zachęciłam do badania prozy Bułhakowa. Napisały bardzo dobre prace, jedna o "Białej gwardii", a druga o "Notatkach młodego lekarza". Postarały się. Pięknie odpowiadały na pytania z literatury. To ostatnia grupa magistrantów z pięcioletnich studiów magisterskich. Przeszliśmy na system boloński, czyli 3 lata licencjat i 2 lata studia magisterskie. Kiedy sobie to uświadomiłam, poczułam smutek. Tak, wszystko się zmienia... Jestem przygnębiona, bo mój ojciec znowu ma pogorszenie. Teraz ma przerzut do następnej nerki. Zrobiono mu przetokę. Wypadła po 2 tygodniach. Znowu zrobiono mu następną. Nie wiem, ile będzie jeszcze żył... Kłótnia dzieci miała miejsce parę dni po tych dołujących wieściach, więc myślę, że jest to wszystko ze sobą powiązane. Tak naprawdę żyjemy w cieniu smutku, więc im wybaczam. Nie sądzę, żebym miała dzieci po to, żeby odwdzięczały mi się na starość. Może nie będę tego potrzebowała. Rodzimi i wychowujemy dzieci dla świata, dla innych ludzi. Uważam, że mają prawo pójść swoją drogą. Przykro mi jest faktycznie w sytuacjach, kiedy okazują brak szacunku. Nie uważam się za idealną matkę. Nie mam więc idealnych dzieci. Dawno przeprosiły mnie i siebie nawzajem. Życie toczy się dalej. Bardzo jestem umęczona tym rokiem, własną chorobą, chorobą ojca. Czasami ogarnia mnie wściekłość i żal, że tak szybko mija życie, że tyle w nim cierpienia, strachu, obaw, co przyniesie los. Cieszcie się więc z każdej dobrej chwili. Jutro sobota - mój lubiony dzień tygodnia. Może wybiorę się na rower, popatrzę na las, pomyślę o rzeczach miłych i krzepiących, zapachu jaśminu, siana (przed blokiem skoszono trawniki) i posłucham śpiewu ptaków. To wspaniale, że jest jakieś jutro i wszyscy jesteśmy jeszcze razem, wszyscy...    
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Laserowanie oka. Czy dopełznę do szklanki wody?

piątek, 04 czerwca 2010 16:04
W odstępie dwóch tygodni miałam tzw. laserowanie oka, tj. niszczenie "dzikich" naczyń kwionośnych, które wyrosły mi we wnęrzu gałki ocznej potem, jak zasklepiła mi się tętnica (skutek podania mi przed laty nadmiernych dawek leków rozszerzających naczynia kwionośne). Leczono mi w ten sposób szumy w uchu po nieudanej transplantacji bębenka. Teraz te "dzikie" naczynia (są one bardzo kruche i cienkie) powodują wylewy, więc zabieg laserowania ma zapobiec dalszym katastrofom. Sączy się też z nich krew, co powoduje niemożliwość uzyskania prawidłowego widzenia. Pierwszego zabiegu bałam się panicznie. Wyczytałam w necie, że jego efekt w dużym stopniu zależy od... pacjenta. Nie wolno mu ruszyć okiem, co by się nie działo. Zabieg nie był straszny, ani tak bolesny, jak sądziłam. Po trzech dniach znowu wzięłam się ostro za sprawdzanie prac i zasiadłam do komputera. Drugi zabieg wygladał znacznie gorzej. Widocznie lekarz za pierwszym razem chciał mnie trochę oszczędzić. Teraz poszedł na całość. Niektóre uderzenia lasera były piekielnie bolące. Po policzkach spływały mi łzy, ale nie drgnęłam ze strachu. Nie wiem, ile było błyśnięć lasera - 50 - 70? Przestałam je liczyć. Ku mojeju zdziwieniu oko lepiej zareagowało na ten zabieg. Szybciej przeszedł mi ból i zaczerwienienie. W Boże Ciało zaprosiłam na kolację zięcia (miał imieniny) z córką. Skończyło się to fatalnie. Moje dzieci (córka z synem) po wypiciu szampana i wina zaczęli się kłócić (oto jak dawać nawet pełnoletnim dzieciom alkohol). Dowalali sobie bez skrępowania, zupełnie nie reagując na moje błagania, że źle się czuję, że powinni chociaż trochę się wyciszyć... Wiem, że ostatnio mieli różne kłopoty, ale...
Dzisiaj czuję się po tym wszystkim, jak przekręcona przez maszynkę. Kiedyś pewni moi znajomi (bezdzietni) mówili, że na starość nie będzie im miał kto podać szklanki wody. Wtedy mężczyzna powiedział: - To nic, jakoś do tej szklanki dopełzniemy sami! Przypmnieliśmy sobie dzisiaj z mężem tę rozmowę. Po wczorajszej próbie miłości moich dzieci do mnie i czułym pochyleniu nad moim cierpieniem, na szklankę wody od nich nie liczę (może się mylę?). Spróbuję dopełznąć.          

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Rozkwitały jabłonie i grusze...

niedziela, 09 maja 2010 23:20
Tymi słowami popularnej piosenki rosyjskiej zaczynam drobne podsumowanie dzisiejszego dnia. Rozdarta między dwoma narodami, dwiema kulturami, dwoma językami muszę jakoś znosić ich wzajemną niechęć, uprzedzenia, rachunki krzywd. Dlaczego ja, dlaczego przypadł mi w udziale taki los? Mogłam się urodzić jako bogata Amerykanka i mieć to wszystko w nosie, ale nie, moja dusza wybrała sobie (ponoć dusze wybierają sobie rodziców) właśnie taką rodzinę. I tak słucham tych przemów, deklaracji, że teraz nastał jakiś niezwykły czas, właściwy moment na pojednanie z Rosjanami i zupełnie w to nie wierzę. Braterstwa nie będzie. Zwyczajni ludzie nie muszą się bratać na rozkaz polityków, bowiem ci, co znali Rosjan prywatnie lubią ich lub nie, jak poznanych przedstawicieli innych narodów, w zależności od tego, na kogo trafili. Drani się nie lubi, porządnych ludzi tak. Ja znam różnych Rosjan, różnych Polaków i Niemców. Jestem pacyfistką i marzy mi się świat bez wojen i przemocy. Przeraża mnie agresja, nakręcanie spirali nienawiści (a PiS już wzywa do boju, to widać i czuć mimo deklaracji pana J.). Nie zapaliłam dzisiaj znicza na grobach żołnierzy radzieckich. Nie chcę takich demonstracyjnych gestów. Zawsze chodzę w listopadzie na ich cmentarz, bo w moim mieście jest taki cmentarz obok normalnego i mimo zmieniających się układów politycznych władze miasta zawsze o te groby dbają, a na Wszystkich Świętych wielu mieszkańców zapala tam znicze i kładzie kwiaty. Pochowani są tam sami młodzi chłopcy, zmarli w szpitalu polowym, który ulokowano w jednej ze szkół. Zwykli ludzie rozumieją znacznie lepiej historię od nadętych polityków, czytają napisy na nagrobkach i pochylają się nad tymi grobami zwyczajnie po ludzku.
Przeglądając w necie zdjęcia z dnia dzisiejszego natrafiłam na dwa, które najlepiej oddają mój dzisiejszy nastrój. Pierwsze zdjęcie jest z protestów w Gdańsku przeciwko zapalaniu zniczy. Oto ono:   

Drugie zdjęcie jest z dnia dzisiejszego z Moskwy. Autor nazwał go  "Pamiętaj o mnie". Ona pamiętać będzie do końca życia tego zołnierza. Może to był jej mąż, może brat, a może syn, może właśnie na jego grobie nie pozwolono dzisiaj zapalić znicz, kto wie...


 
http://www.fotonostra.ru/search.php?
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Jutro jest wielką niewiadomą

środa, 21 kwietnia 2010 21:20
Staram się powrócić do normalnego życia, chociaż nie jest to takie łatwe, bo wszystkim tym tragicznym zdarzeniom towarzyszyła moja refleksja o latach, które minęły, o poplątanych losach mojej rodziny, o tym co jest prawdą, a co kłamstwem, co będzie dalej... Jestem w trudnej sytuacji, gdyż od wielu miesięcy zmagam się ze skutkami wylewu do wnętrza.  Przed wielu laty poddano mnie bardzo niefortunnej kuracji lekami, które spowodowały gwałtowny wzrost ciśnienia krwi. W rezultacie uległa zniszczeniu tętnica w oku. Od tego czasu mam co parę lat kłopoty z okiem.  Wytworzyła się w oku sieć "dzikich" i zbędnych naczyń włosowatych, część z których jest za cienka i przepuszcza krew, co wykazały badania z kontrastem. Teraz czeka mnie zabieg zamknięcia tych naczynek laserem. Okropnie się tego boję, ale to jedyny sposób opanowania wylewów. Staram się jakoś nie martwić się na zapas, ale skutek jest taki, że wszystko idzie mi jak po grudzie. Prace do sprawdzenia leżą odłogiem itd. Nawet mam problem z umyciem włosów, ciągle odkładam to na jutro. Żyję w jakiejś smudze cienia, cienia Katynia. Często bywa w życiu tak, że sprawy wielkie splatają się z małymi. Trudno mi było napisać o swoich problemach i lękach w obliczu prawdziwych tragedii, ale teraz już chyba jestem w stanie to zrobić. W dniu kiedy zginął prezydencki samolot mój mąż o 9 rano wylatywał na konferencję naukową z Okęcia do Wołgogradu przez Moskwę. Musiał wcześniej wyjechać z domu. Ja po jego wyjściu polożyłam się do łóżka, żeby trochę jeszcze pospać. Spałam krótko. Leżąc na kanapie, włączyłam telewizor. Najpierw zobaczyłam żalobną wstążkę na jakimś programie o zwierzętach, więc nieco zapokojona włączyłam TVN i zobaczyłam szczątki rozbitego samolotu. Wyskoczyłam więc jak rażona piorunem. Przez moment pomyślałam, że... Mąż dowiedział się o katastrofie podczas odprawy celnej w Warszawie. Zaczęłam szukać jego numeru komórki, ale nie mogłam w żaden sposób odnaleźć go w notesie (to nowy numer i nie pamiętamłam go). Potem mąż zadzwonił do mnie z Moskwy, a następnie z Wołgogradu (były Stalingrad). Tamtejszy uniwerek świętował trzydziestą rocznicę powstania. Niedawno podpisali z nami umowę o współpracy naukowej. Rosjanie bardzo przeżywali tragedię Polaków. Na otwarciu konferencji uczczono minutą ciszy poległych. Zaplanowana uroczysta kolacja przebiegała cicho, bez tradycyjnych śpiewów, w smutku. Potem dowiedziałam się o wybuchu wulkanu, a za tydzień mąż z koleżanką miał tą samą drogą wracać do Polski. Zaczęłam wydzwaniać do znajomych, którzy mają jakichś przyjaciół w Moskwie, żeby im pomogli w razie czego. Do Moskwy dolecieli spokojnie, chociaż linie lotnicze zażądały od nich podpisania deklaracji, że nie będą domagali się hotelu, jeśli nie uda im się wylecieć ze stolicy do Polski. Bez tego zobowiązania nie wsiedliby do samolotu.  Na lotnisku w Moskwie  Szeremietiewo kłębiły się tłumy pasażerów, którzy czekali na opóźnione i odwołane loty. Było tam w sobotę trzy tysiące osób. Mąż z koleżanką postanowili zrezygnować z lotu samolotem i pojechać dalej pociągiem, ale najpierw musieli przedłużyć rosyjską wizę. Można to było zrobić na lotnisku. Po wielu bieganiach i poszukiwaniach odnaleźli konsula. Kiedy zbliżyła się ich kolejka, okazało się, że za wizę należy zapłacić dolarami, a oni mieli euro. Znowu więc zaczęła się bieganina (to jest największe lotnisko w Moskwie), żeby wymienić pieniądze. Za przedłużenie o 3 dni wizy zapłacili 25 dolarów od łepka. Potem pojechali metrem na Białoruski Dworzec. Tam obłęd. Wszystkie miejscówki do Polski wykupione były na tydzień z góry. Postanowili zdobyć bilety do Brześcia, który właśnie podstawiono. Jechali na wariata, bo żeby dostać się do Polski potrzebowali jeszcze wizy białoruskiej. Od tych stresów dopadły męża jakieś bóle zołądka i korzonków. Wszyscy pasażerowie leczyli go, czym mogli. W Brześciu cielnicy długo się naradzali, co z nimi począć bez wizy, bo skończyla im się kasa i nawet nie byliby w stanie za nią zapłacić, przecież za bilet kolejowy musieli sami wyłożyć kasę.Od Terespola do Warszawy docierali autobusami. Kiedy ujrzałam mojego umęczonego i chorego małżonka na progu domu zalałam się gorzkimi łzami, tak bardzo bałam się, żeby nic mu się nie stalo. Bardzo dziwne w tym wszystkim jest zachowanie zegarka męża. Zatrzymał on się jeszcze w Warszawie, kiedy mąż dowiedział się o katastrofie. Wczoraj mąż był u zegarmistrza, żeby wymienić baterię, ale była ona w porządku. Zegarmistrz nieco przeczyścił mechanizm i nie umiał określić powodu zatrzymania zegarka. Jakaś mistyka. Tak żyłam przez wszystkie te dni. Teraz nareszcie trochę oddtchnełam, cóż jednak znaczą moje zwyczajne lęki i smutki, z tym, co się wydarzyło.  
  

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Czas żałoby, czas refleksji, czas ciszy przed burzą

środa, 14 kwietnia 2010 1:09
Trudno jest w takich okolicznościach napisać coś sensownego. Jak większość Polaków jestem wstrząśnięta i przygnębiona śmiercią prezydenckiej pary i przedsawicieli rządu. Zamarłam przed ekranem telewizora, kiedy nadano wiadomość o katastrofie. Była w tym jakaś niesamowita magia, bo Lech Kaczyński zginął w Katyniu, prawdę o którym chciał nagłośnić całemu światu. I tak się stało. W jednej chwili cały świat spojrzał na Katyń. Widać była potrzebna temu ofiara krwi. Paradoksalnie prezydent zginął na ziemi, którą tak szczerze i z głębi serca nienawidził on i cała jego rodzina. Żegnał go znienawidzony wróg - Putin i z honorami trumnę jego odprowadzali żołnierze rosyjscy. Nagle prasa dostrzegła, że ci ruscy nie są tacy wstrętni, jak sądzili, że nawet mają ludzkie odruchy i szczerze współczują Polakom, pomagają rodzinom zmarłych, a przecież przykładów przyjaźni było w naszej historii wiele. Czy losy mojej rodziny nie są tego najlepszym dowodem? Prawda jest taka, że o przyjaźniach prywatnych nigdy nie decydowali (na szczęście) i nie będą decydować politycy, chociaż mają takie ambicje. Będę się bardzo cieszyła, jeśli nasze kraje ocieplą i unormują swoje stosunki. Obawiam się jednak, że znajdzie się wiele osób, które za wszelką cenę zechcą to zniszczyć, szczególnie skrajnie konserwatywne i nacjonalistyczne ugrupowania. Czy to nie z ich inicjatywy para prezydencka spocznie na Wawelu, a skromne Powązki nie wystarczą? Byliby tam w bardzo stosownym towarzystwie. Następnego dnia po katastrofie oglądałam rano wiadomości w rosyjskiej telewizji (NTW MIR) i na koniec dzienikarka pokazała krótki filmik, który zrobili jej koledzy w Moskwie o świcie. Na tle wschodzącego słońca chmury ułozyły się w kształcie prezydenckiego samolotu, którego jedno skrzydło dotykało ziemi. Myślę, że tym niebiańskim samolotem dusze zmarłych wzleciały do nieba, tam gdzie nie ma żadnego znaczenia ani stanowisko, ani miejsce pochówku ciała. Im jest już wszystko jedno, cierpią opłakujący ich bliscy. Im współczuję z całego serca. 
 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Życzenia z okazji Wielkanocy!

środa, 31 marca 2010 22:10
Z okazji Wielkanocy życzę Wam wszystkim, żeby miło upłynął Wam czas świąteczny bez żadnych smutków i przykrych niespodzianek, żeby Wam się dobrze działo i wiosna zagościła w Waszych sercach i duszy, radość w domach, zgoda w rodzinie, przyjaźń wśród bliskich i znajomych, przebaczcie urazy, odpuście winy, cieszcie się z życia, bo trwa krótko, a powody do świętowania nie są zbyt częste, więc smacznego jajeczka, mokrego dyngusa, pysznej szyneczki, słodkiego mazurka i ostrgo chrzanu,  gorzałeczki z umiarem, ale jednak do dna, życzy zawsze ciesząca się z Waszych odwiedzin - Asol.

    

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Moje nietypowe pożegnanie z zimą

niedziela, 28 marca 2010 1:22
Szperając po rosyjskim necie, natknęłam się na ilustracje książki, którą dostałam parę lat temu w prezencie ze względu na przepiękne ilustracje. Była to "Królowa śniegu" Andersena. Pomyślałam więc, że dowiem się czegoś więcej o malarzu i zamieszczę jego cudowne rysunki. Jest to ukraiński twórca Władysław Jerko (ur.1962). W 2005 roku Anglicy wydali u siebie (wydawnictwo "Templar") bajkę Andersena z jego ilustracjami. Książka stała się hitem, zresztą nie dziwi mnie to. Zobaczcie sami. Tak żegnam się z zimą.












Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Dziękuję za wspaniałe komentarze !!!

sobota, 20 marca 2010 23:37
Bardzo mi miło, że tak szczerze zechcieliście skomentować poprzedni wpis. Problem jest złożony, odczucia różne, ale najważniejsze jest dla mnie to, że nawet o takich bardzo osobistych sprawach ludzie chcą rozmawiać. Wszystko, co opisałam zdarzyło się naprawdę. Nie ma tu żadnych wymysłów, bo najdziwniejsze scenariusze pisze samo życie, a w moim życiu ciągle zdarzają się jakieś nioczekiwane zwroty. Należę do osób, które mimo upływu czasu są otwarte na świat i ludzi. Takie mam wrażenie, że ciągle idę w stronę światła, bo im jestem starsza, tym bardziej spokojnie znoszę przeciwniści losu, więcej jest we mnie optymizmu i spokoju, wiary, że warto jest być dobrym i prawym na przekór wszystkiemu temu, co jest złe i nikczemne. Pewna studentka zapytała mnie, co mam z tego, że staram się być dobra, bo czy to warto w takim brutalnym i nikczemnym świecie? Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Po głębszym namyśle doszłam do wniosku, że mam z tego bardzo wiele, poczucie, że nie powiększam świadomie zła, że mogę spojrzeć sobie w twarz, że nie dręczą nie wyrzuty sumienia, nie ścigają mnie przekleństwa skrzywdzonych. Ja po prostu lubię czuć, że czynię dobro, pomagam innym. Może jestem frajerką, ale wolę to niż bycie kanalią, nawet jeśli dla innych jestem śmieszna i dziecinna.     
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

O tym jak moja córka została katoliczką

poniedziałek, 15 lutego 2010 0:53
Odpowiadam w ten sposób na pytanie Hani. Jak to się stało, że mamy z córką odmienny światopogląd? Odpowiedź jest złożona, bo moją sytuację opisałam w swojej (zbyt szumnie nazwanej) książce, której dwa rozdziały zamieściłam w bloogu. Wychowałam się w rodzinie ateistycznej. Moja matka ze względów oczywistych nie miała żadnego pojecia o żadnej religii i uważała wiarę w Boga za rodzaj zabobonów oraz przejaw ciemnoty. Taki światopogląd ukształtowały realia, w których wzrastała, rodzina. Ojciec wychował się w rodzinie bardzo pobożnych katolików, chłopów z zabitej wsi koło Zambrowa. Byli oni przerażeni jego rosyjską żoną, zmianą światopoglądu (rezultat studiów w ZSRR oraz wpływ jego ateistycznego wujka, u którego mieszkał podczas nauki w szkole średniej). Brak ślubu kościelnego stanowił istotną przeszkodę w kontaktach z rodziną ojca. Czasy mojego dzieciństwa i młodości nie sprzyjały zainteresowaniom religią. Uważałam, że rodzice mają rację i nie zaprzątałam sobie głowę rozmyślaniami o Bogu. Mojego męża poznałam na studiach w ZSRR. Był on, podobnie jak ja, polskim stypendystą. Kiedy po II roku studiów postanowiliśmy się pobrać, okazało się, że dla jego matki niezwykle istotną sprawą jest ślub kościelny. Wtedy pierwszy raz w życiu zetknęłam się z Kościołem Katolickim. Byłam wtedy osobą bardzo bojową i pewną swoich racji. Nie chciałam takiego ślubu, ale kochałam swojego męża, więc znalazłam wyjście kompromisowe. Tak mi się wtedy wydawało. Postanowiłam uzyskać w Kurii Biskupiej zgodę na zawarcie związku małżeńskiego w kościele, ale jako ateistka. Kuria się zgodziła, żądając jednak wcześniej mojego świadectwa chrztu, byłam bowiem ochrzszczona w wieku 6 lat przez moją polską babcię. Jednak ksiądz w miasteczku, gdzie mieszkali moi przyszli teściowie, orzekł, że ma w nosie taką zgodę i on w kościele ślubu nam nie da, tylko w zakrystii. Słysząc to teściowa zalała się gorzkimi łzami, twierdząc, że to dla niej wielka hańba i kompromitacja. Tu ślub za 2 dni, a tu taki klops! Ksiądz powiedział, że może dać nam ślub w kościele, jeśli ja wykażę choć odrobinę wiary i się wyspowiadam. Wówczas ku mojemu najwyższemu zdumieniu moja ateistyczna matka zaczęła mnie namawiać, żebym przystała na warunki proboszcza.Powiedziałam jej:
- Mamo, on tego nie kupi. Trzy godziny gadałam z nim na plebanii, wyłuszczając swoje poglądy. To nieuczciwe. Będzie wiedział, że kłamię.
- Jednak spróbuj - nalegała matka.
Poszłam więc znowu na plebanię i oświadczyłam, że owszem czuję, że mogłabym uwierzyć w Boga. Myślałam, że mnie wyrzuci za drzwi, będzie się śmiał, a on natychmiast się zgodził. Czułam się strasznie upokorzona. Spowiedź moja wyglądała tak, że ksiądz mówił po kolei przykazania (o co go poprosiłam, bo skąd miałam je znać), a ja odpowiadałam, czy je naruszyłam. Chociaż ksiądz nie zadał mi żadnego "niedyskretnego" pytania, czułam się podle.Pragnęłam uczciwości i wiele uczyniłam, aby nikogo nie okłamywać, a tu taki przekręt przed obliczem Boga. Byłam wścikła, że duchowny wymusił na mnie taką deklarację. Kiedy więc urodziły się moje dzieci, oświadczyłam teściom, że oni nie mają prawa wtrącać się w ich wychowanie i do kościoła dzieci chodzić nie będą. Jak dorosną same zadecydują, kim chcą być. Mąż choć początkowo był praktykującym katolokiem z czasem praktyk religijnych zaniechał. Nie zabraniałam mu tego, ale mieszkaliśmy blisko moich rodziców... Kiedy moja córka była w szkole podstawowej, wprowadzono religię do szkół. Żadnych innych zajęć zamiast lekcji religii dzieciom innego wyznania, czy światopoglądu szkoły nie organizowały. Moje wrażliwe dziecko stało więc na korytarzu, czując się napiętnowane i zdołowane zachowaniami klasy, która często okazywała jej z tego powodu pogardę. Moja córka była bardzo samotna i bardzo cierpiała z tego powodu. Wtedy zaczęłam niezmiernie żałować, że byłam tak lekkomyślna i nie przewidziałam, że Polskę panuje taka fala fanatyzmu religijnego. Jakoś to przeżyłyśmy, ale moja córka odtąd zawsze wstydziła się moich poglądów. Było mi wielkokrotnie niezmiernie przykro z tego powodu. Chciałam, aby była szczęśliwa i dumna ze swoich rodziców. Nie mogłam jednak kłamać, bo wszyscy wokół znali moją rodzinę. W tym czasie moi rodzice zaczęli się starzeć, ojciec zachorował na raka, rodzice boleli nad zmianą  ustroju, czuli się opuszczeni i osamotnieni w swoim ateizmie, ale niezłomnie trwali w swoich poglądach. Musiałam zostać z nimi, chociaż już wtedy zaczęłam pisać habilitację i zajęłam się twórczością Bułhakowa, co w sposób naturalny wymagało studiowania Biblii oraz głębszej refleksji nad Bogiem. Było to niczym olśnienie. Poczułam, że się zmieniam, że może jednak nie mam racji, że nie jest On potrzebny człowiekowi. Jego wsparcia bardzo potrzebowało moje dziecko. Córka chodziła razem z grupą znajomych do zakonnika z pobliskiego Klasztoru Franciszkanów, co zbliżyło ją do katolików i pozwoliło jej szczerze rozmawiać o Bogu i wierze, z osobą która miała za sobą trudne oraz wcale nie święte, a bardzo grzeszne życie, a jednak wybrała taką drogę. Córka zapragneła jako osoba dorosła, po studiach ochrzcić się. Rok jeździła do Klasztoru na katechezę. Wcześniej napewno bym zaprotestowała, ale teraz poczułam, że muszę jej pomóc, bo świat nie był już dla mnie tak prosty i jednoznaczny, jak w czasach mojej młodości. Pomogłam więc jej znaleźć rodziców chrzestnych, ale takich naprawdę uczciwych katolików, którzy żyją zgodnie z nakazami wiary. Poprosiłam o to moją przyjaciółkę z pracy i jej meża. W kościele klasztornym po wieczornej mszy odbył się chrzest mojej córki. Był maj. Śpiewały słowiki. Wszystko tchnęło spokojem. W kościele w ławkach zostało parę przypadkowych osób. Ku naszemu zaskoczeniu ksiądz powiedział, że właśnie dziś jest trzydziesta rocznica jego ślubów kapłańskich i chrzest mojej córki jest dla niego podarunkiem od Boga. Było to niezmiernie wzruszające.
Obecnie moja córka jest szczęśliwa w swojej wierze, pomaga jej ona żyć, chętnie chodzi do kościoła i gorąco się modli. Kiedy we wrześniu mój ojciec przeżył bardzo ciężką operację, lekarz powiedział:
- To był prawdziwy cud! Ktoś naprawdę się za niego dobrze modlił.
- To prawda - powiedziałam, patrząc na córkę.      

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (67) | dodaj komentarz

"Do zobaczenia w..." - powiedział ksiądz, wychodząc.

sobota, 30 stycznia 2010 0:24
Jak wiecie, nie jestem osobą praktykującą, więc nie przjmuję księdza po kolędzie. Kościelny przestał nawet pukać do moich drzwi od lat. Pewnego wieczoru rozległ się drzwonek. Ja zamotana pisaniem artykułu nawet nie spojrzałam do wziernika (chyba tak się to nazywa?) i otworzyłam drzwi. Stał w nich ksiądz (wiek - około czterdziestki). Bardzo się speszyłam, ale uznałam, że skoro przyszedł, to wypadałoby go zaprosić do środka. Jednak zanim wszedł, zaczęłam gorączkowo myśleć, jakby mu tak najgrzeczniej powiedzieć, kim jestem.
- Ale musi ksiądz wiedzieć... - zaczęłam - że nie jestem osobą praktykującą....
Ksiądz spojrzał na mnie zdziwiony i rzekł:
- Tak nie ma, albo się jest wierzącym, albo nie. Więc jak jest z tobą? Odpowiedziałam mu: - Jestem osobą niewierzącą, ale zapraszam...
- To co innego - powiedział ksiądz i wszedł. - A może jesteś osobą wątpiącą? - spytał ksiądz.
- Może... - odpowiedziałam, bo to jest faktycznie najbliższe prawdzie.
- Rozumiem, że ksiądz zbiera datki na kościół, a ponieważ moja córka jest głęboko wierząca, chciałabym księdzu ofiarować pieniądze. Poszłam po portmonetkę i podałam mu banknot (nie była to suma oszałamiająca).
Ksiedza zainteresowała akwarela z widokiem starej Moskwy z odbudowaną cerkwią Chrystusa Zbawiciela. Powiedziałam mu więc kim jestem i jaki mam zawód. Pokazałam mu też inną akwarelę, którą przwiozła mi z Watykanu moja doktorantka (bazylika Św. Piotra). Pogadaliśmy bardzo sympatycznie o pięknie języka rosyjskiego i rosyjskiej kulturze zniszczonej przez totalitaryzm. Nie trwało to długo. Wychodząc, ksiądz powiedział;
- Do zobaczenia...
- Do widzenia - odpowiedziałam.
- Do zobaczenia - powtórzył z naciskiem ksiądz - w niebie!
- Jeśli mnie tam wpuszczą... - odpowiedziałam mu z uśmiechem.
Ksiądz też się uśmiechnął, ale w jego oczach była jakaś powaga i pewność. Naprawdę uwierzył, że ja mogę dostać się do nieba? 

 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

O samochodzie, zimie oraz znikającej urodzie

piątek, 22 stycznia 2010 0:13
Wiele trzeba by było napisać, żeby streścić bieg zdarzeń. Czasu mam na pisanie mało, więc krótko. Nareszcie wydobyłam z warsztatu samochód. Nie chcieli mi go dać, bo firma ubezpieczeniowa ciągle nie mogła wydobyć od Policji opisu przebiegu zdarzenia. Wybrałam się więc sama na Policję. Tam okazało się, że z "drogówki" sprawę przesłano do "dochodzeniówki" i żadnych próśb od tej firmy nikt nie dostał. Mnie nikt takiego opisu dać nie mógł, bo sprawcę chroni prawo o ochronie dór osobistych, czy jakoś tam... Musiałam znowu wykonać więc sto różnych telefonów do firm ubezpieczeniowych. Potem usiadłam i zaczęłam zastanawiać się nad tym, co powiedziała mi policjantka, która prowadziła sprawę, tj. żebym nie dała wodzić się za nos firmom, które na poszkodowanego zrzucają obowiązek załatwienia wszystkich formalności, bo nie mogą dogadać się ze sobą. Zadzwoniłam więc do Rzecznika Ochrony Praw Konsumenta i powiedzieli mi tam, że mogą mi pomóc. Lojalnie więc wykonałam telefon do warsztatu i uprzedziłam ich o tym. I nagle stał się cud!!! Zapadła w słuchawce cisza, a po chwili... pan powiedział, że mogę odebrać samochód. Wcześniej (tuż po Sylwestrze dzwonili do mnie, że jest naprawiony, ale...). Mało tego zrobili przy mnie od ręki wszystkie badania wozu na koszt sprawcy. I co Wy na to? Więc istnieje jednak w Polsce jakaś organizacja, która jest w stanie przestraszyć biurokratów. Super, prawda?  
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Muzyczne podsumowanie minionego roku

piątek, 01 stycznia 2010 18:09
Bardzo lubię Seweryna Krajewskiego, jak wiekszość osób z mojego pokolenia.Więc
posłuchajcie i obejrzyjcie fotkę mojej choinki.

Mija Rok...........

 http://dano2005.wrzuta.pl/film/7YeGWpS1NTO/czerwone_gitary_-_mija_rok



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Życzenia świąteczne

czwartek, 24 grudnia 2009 20:26
Wszystkim znanym i nieznanym, starym i młodym, chorym i zdrowym, smutnym i radosnym, samotnym i otoczonym wianuszkiem rodziny oraz przyjaciół, prawym i zbaczającym z drogi z całego serca życzę z okazji Świąt Bożego Narodzenia, aby dobrze im się działo, żeby dusza ich ujrzała światło nadzei i ogrzała się dobrocią, serdecznością, zrozumieniem innych, żeby zawsze w ciężkiej chwili pochylił się ktoś nad nimi i podał pomocną dłoń.



Niech spełnią się Wasze marzenia, bądzcie szczęśliwi i cieszcie się szczęściem innych.


Życzę Wam szczodrego Mikołaja, radości i miłości.


Niech czuwają nad Wami dobre Anioły.

W Waszych domach niech gości radosć, spokój i dostatek.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Wypadek, czyli jak spędziłam Mikołajki

niedziela, 20 grudnia 2009 23:53
Dopiero teraz mam trochę czasu, żeby opisać Mikołajkowy wieczór. Mój syn miał stłuczkę na szczęście niezbyt groźną, ale przeżycie było niesamowite. Może opiszę to zgodnie z relacją świadka, bo był na szczęście świadek i jego opowieść potwierdza słuszność powiedzenia, że "co ma wisieć, nie utonie". Świadkiem wypadku była starsza pani na emeryturze.
Zdarzyło się to w centrum mojego miasteczka na placu Kilińskiego. Syn wracał wieczorem z zajęć na uczelni (studia zaoczne) i zatrzymał się na chwilę na parkingu obok skweru, żeby przeliczyć, ile zostało mu kasy. W tym czasie starsza pani odprowadzała córkę z wnuczką do samochodu. W klatce schodowej minęła się w drzwiach z pijanym sąsiadem, który ledwo stał na nogach.Pani zaniepokoiła się, bo nie raz widziała, jak sąsiad w zbliżonym stanie siadał za kierownicę, a faktycznie przed klatką schodową stał jego zaparkowany wóz. Blok w którym mieszkała częściowo ogrodzono. Zrobiono bramę i część siatki oraz wkopano pozostałe słupki do ogrodzenia. Kobieta postanowiła utrudnić sąsiadowi wyjazd na drogę i kiedy córka wyjechała, zamknęła na klucz bramę. Nie było to wielkie utrudnienie, bo każdy mieszkaniec miał klucz, ale zawsze jakoś mogło opóźnić decyzję o podróży. Wracając do domu, pani znowu zderzyła się z sąsiadem, który beztrosko wsiadł za kierownicę. Pani pomknęła więc co tchu do mieszkania, wzięła komórkę i wyszła na balkon. Z przerażeniem ujrzała, jak jej sąsiad próbuje podważyć bramę, bo klucza faktycznie nie miał przy sobie. Kiedy to się nie udało, zaczął próbować wyjechać między słupkami. Po drodze zahaczył o słup elektryczny i studzienkę kanalizacyjną. Widząc, co się dzieje, kobieta zadzwoniła na policję. Kierowca wyjechał w tym czasie na drogę i dotarł do skrzyżowania, ale zobaczył zaparkowany radiowóz i gwałtownie zaczął cofać się tyłem. W tym czasie mój syn zaczał wyjeżdżać z parkingu i w momencie, kiedy dostrzegł jadący na niego pod prąd samochód, zatrzymał się, ale pirat i tak uderzył w niego z lewej strony w przód. Stało się to wtedy, kiedy kobieta rozmawiała z policją i powiedziała: "Proszę o szybką interwencje, bo dojdzie do wypadku. O, właśnie doszło!" W tym czasie pijany gość wyskoczył bez słowa z samochodu, zupełnie nie zareagował na syna, podbiegł do swoich koleżków, stojących w bramie, a potem wsiadł znowu do swojego samochodu i zaczał uciekać. Syn pobiegł za nim, zaczął krzycieć do policjantów w radiowozie, żeby go łapali, ale oni sami zauważyli, z piskiem wyjeżdżający wóz. Po chwili go dogonili. Na szczęcie w tym czasie była u nas córka z zięciem. Podwieźli mnie do syna. Tak poznałam wszystkie procedury związane z wypadkiem. Policjant dał nam dane sprawcy i numer jego polisy oraz zaświadczenie o wypadku. Poznałam też tam świadka.Pani okazała się bardzo porządną osobą i wielce żałowała, że mimo strań nie była w stanie zapobiec wypadkowi. Myślę, że osoba ta - starsza i mieszkająca samotnie - okazała się bardzo odważną oraz dzielną kobietą. Policja pozwoliła nam zabrać nasz
samochód na strzeżony parking obok naszego bloku. Następnego dnia wezwałam przez PZU (nasz ubezpieczyciel) lawetę i z synem odtransportowałam samochód do punktu napraw Opla. PZU dostarczyło nam tam na tydzień (niestety tylko na tydzień) samochód zastępczy. Zawsze dobre i to. Potem musiałam przesłać do firmy ubezpieczeniowej sprawcy wypadku ankiety (4 strony), gdzie musiałam  narysować wypadek. Do dokumentów należało dodać ksero rejestracji naszego wozu. Tydzień czekałam, aż policja dostarczy go do Wydziału Drogowego. Warto więc mieć takie ksero na wszelki wypadek. Opel wycenił stłuczkę na ponad 6 tys.Części już sprowadzili, ale samochód zrobią dopiero po Nowym Roku. Tak więc ten rok kończy się dla mnie taką przykrością. Cieszę się, oczywiscie, że nic się nie stało synowi, ani temu durnemu piratowi. Nie mieści mi się w głowie, że można być tak nieodpowiedzialnym. Samo zdobycie prawka jest trudne. Na kursach tyle się mówi o tym, żeby nie mieć zaufania do innych na drodze. Wydaje się, że jeśli ktoś siada za kierownicę, to będzie szanował ludzie życie, jednak wynika, że bardzo istotną sprawą jest uniemożliwienie innym, żeby ciebie ukatrupili. Słowem, wszędzie to samo.              
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Ni to grypa, ni to insza inszość, a może nostalgia i Marques

poniedziałek, 30 listopada 2009 0:04
Znowu dopadło mnie jakieś choróbsko. Najpierw wystraszyłam się, że to może ta zbójcza grypa, ale nie - to zapalenie oskrzeli. Siedzę więc grzecznie w domu. Nawet się bardzo z tego powodu cieszę, teraz tak, jak nieco mi puściło.Do pracy nie chce mi się wracać. Sprawdzam zaległe prace magisterskie. Niestety podczas chorby pogorszyło mi się trochę widzenie. Okropnie mnie to złości.Zaczęłam się nawet nad sobą użalać, ale się spionowałam. W cudowne ozdrowienia nie wierzę, choć w przypływie desperacji skorzystałam podczas pewnego festiwalu znachorów z usług bioenergoterapeutki. I nic... Udaję, że jest dobrze. Nie chcę dołować rodzinę. Jednak w głębi duszy martwię się, co będzie dalej. Jest mi ciężko wykonywać na czas swoje robótki. Myśl o kolejnym zebraniu w pracy przyprawia mnie o drgawki. Straciłam całkowicie ochotę do pracy. Klan moich uroczysz szefowych ma się świetnie i chyba mimo wieku emerytalnego żadna z nich na zasłużony odpoczynek się nie wybiera... Cóż, pozostaje mi wiele innych sposobów realizowania siebie. Ostatnio pewnien bardzo uroczy starszy pan przysłał mi w prezencie prezentację. Bardzo spodobał mi się ten wiersz, ale trochę się zmartwiłam, czy osoba ta nie jest przypadkiem chora i nie zaprasza mnie na swoją wystawę, bo jest to rodzaj jej pożegnania.

Jeśliby Bóg zapomniał przez chwilę, że jestem marionetką i podarował mi odrobinę życia, wykorzystałbym ten czas najlepiej jak potrafię. Prawdopodobnie nie powiedziałbym wszystkiego, o czym myślę, ale na pewno przemyślałbym wszystko, co powiedziałem. Oceniałbym rzeczy nie ze względu na ich wartość, ale na ich znaczenie. Spałbym mało, śniłbym więcej, wiem, że w każdej minucie z zamkniętymi oczami tracimy 60 sekund światła. Szedłbym, kiedy inni się zatrzymują, budziłbym się, kiedy inni śpią.

Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia, ubrałbym się prosto, rzuciłbym się ku słońcu, odkrywając nie tylko me ciało, ale moją dusze. Przekonywałbym ludzi, jak bardzo są w błędzie myśląc, że nie warto się zakochać na starość. Nie wiedzą bowiem, że starzeją się właśnie dlatego, iż unikają miłości! Dziecku przyprawiłbym skrzydła, ale zabrałbym mu je, gdy tylko nauczy się latać samodzielnie. Osobom w podeszłym wieku powiedziałbym, że śmierć nie przychodzi wraz ze starością lecz z zapomnieniem opuszczeniem.

Tylu rzeczy nauczyłem się od was, ludzi... Nauczyłem się, że wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę. Nauczyłem się, że kiedy nowo narodzone dziecko chwyta swoją maleńką dłonią, po raz pierwszy, palec swego ojca, trzyma się go już zawsze.

Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł.

Jest tyle rzeczy, których mogłem się od was nauczyć, ale w rzeczywistości na niewiele się one przydadzą, gdyż, kiedy mnie włożą do trumny, nie będę już żył.

Mów zawsze, co czujesz, i czyń, co myślisz. Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę cię śpiącego, objąłbym cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem. Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy cię widzę, powiedziałbym \"kocham cię\", a nie zakładałbym głupio, że przecież o tym wiesz. Zawsze jest jakieś jutro i życie daje nam możliwość zrobienia dobrego uczynku, ale jeśli się mylę, i dzisiaj jest wszystkim, co mi pozostaje, chciałbym ci powiedzieć jak bardzo cię kocham i że nigdy cię nie zapomnę.Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie. Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć \"jak mi przykro\", \"przepraszam\", \"proszę\", \dziękuję\" i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz.

Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni.

Prześlij te słowa komu zechcesz. Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj. I jeśli tego nie zrobisz nigdy, nic się nie stanie. Teraz jest czas.

Pozdrawiam i życzę szczęścia!!!

Zaznaczam te fragmenty, które wydają mi się bardzo istotne dla mnie.

.............................................................................................................................................

Gabriel Garcia Marquez, 74-letni wybitny pisarz kolumbijski, autor m.in. słynnej powieści Sto lat samotności, laureat Nagrody Nobla z 1982 roku - jest chory na raka limfatycznego. Pisarz wycofał się z życia publicznego i do swoich przyjaciół rozesłał pożegnalny list, rozpowszechniany w Internecie. - Dostałem ten list od przyjaciół z Chile. Wynika z niego jasno, że autor chce, aby list został rozpowszechniony. Dlatego przetłumaczyłem go szybko i rozesłałem do redakcji i osób zajmujących się Ameryką Łacińską - powiedział prof. Zdzisław Jan Ryn z Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ, ambasador RP w Chile i Boliwii w latach 1991-96.

 

 


  tekst zaczerpnięty ze strony
 " wyspy szczęśliwe" http://www.wyspyszczesliwe.pl/marquez/gabriel_garcia_marquez.html


Mów zawsze, co czujesz, i czyń,
co myślisz

Zawsze jest jakieś jutro i życie daje
nam możliwość
 zrobienia dobrego uczynku,
ale jeśli się mylę,
i dzisiaj jest wszystkim,
 co mi pozostaje,
chciałbym ci powiedzieć
jak bardzo cię kocham
 i że nigdy cię
 nie zapomnę.





 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Listopad nie jest radosnym miesiącem

piątek, 13 listopada 2009 23:25
Dzisiaj są urodziny mojej babci. Gdyby żyła,  skończyłaby w dniu dzisiejszym 100 lat. Urodziła się bowiem 13 listopada 1909 roku. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam jej, wiesz mamy dzisiaj święto, ale mama zupełnie zapomniała o tej dacie. Nie raz pisałam o swojej babci, że była piękna, dobra, kochała ludzi, umiała przebaczać. Mama nie chce myśleć o niej, bo to za bardzo ją dołuje. Woli zapomieć. Wtedy nie cierpi.  Nie chcę, żeby moja mama się martwiła. I tak ma dużo kłopotów z ojcem, ale gdzieś w głębi serca mam trochę do niej żal, bo wolałabym, żeby to ona zadzwoniła do mnie i powiedziała, wiesz, mamy dzisiaj święto... Jestem inna niż moja mama, bardziej czuję się związana z moimi dziećmi, rodziną. Mama zachowuje dystans wobec ludzi, nie wrusza się niczym szczególnie. Nie lubi spotkań rodzinnych. Nawet jak do niej przychodzę po godzinie czuję, że ma już dość mojego gadania. Kiedy byłam młodsza, bardzo to przeżywałam. Pragnęłam jej miłości i obecności. Byłam zazdrosna o mojego brata, bo dla niej on był tym ukochanym dzieckiem. Zabiegałam o jej uczucia, strałam się nie sprawiać jej kłopotów, dobrze się uczyć, ale i tak co bym nie robiła, to dla mamy ważniejszy był on. Potem zrozumiałam, że nie ma sensu obrażać się na mamę o coś, co jest niezależne od niej. Tak jest bowiem z miłością. Przecież ja też bardzo kocham swojego brata. Więc nie złości mnie już, że kiedy dzwonię do niej, ona pyta, czy przypadkiem nie dzwonił do mnie mój brat i co u niego słychać. Może dlatego tak tęsknię za babcią, bo była bardziej serdeczna, wylewna i umiała okazywać mi swoją miłość.  
Moja babcia zawsze darzyła jakąś szczególną sympatią Marię Magdalenę. Powiesiła nawet jej wizerunek. Była to duża reprodukcja, ale nigdzie nie mogę znaleźć tego obrazu, więc na pamiątkę wspomnienia o rocznicy babci daję inny.





 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Wszystkich Świętych i Zaduszki

niedziela, 01 listopada 2009 0:28
Nie czuję się najlepiej. Łapie mnie jakieś paskudne przeziębienie, więc boję się pójść jutro na cmentarz. Mam nadzieję, że to nie świńska grypa. Bardzo różnie traktowałam, jak to mówiono w minionej epoce, Święto Zmarłych. Kiedy byłam bardzo młoda lubiłam wieczorem pospacerować po cmentarzu, świece, znicze, kwiaty, zaduma, to działało na moją wyobraźnię. W miasteczu, w którym mieszkam, przeważnie kobiety zakładały w tym dniu na cmentarz nowe futra, korzuchy (choć rzadko było naprawdę aż tak zimno, ale już nie było ciepło). Istna rewia mody, tu zbolałe minki, a tu zyrk-zyrk czy aby wszyscy widzą, że ma taki ciuch. Było to komiczne i smutne zarazem. Teraz staram się nie egzaltować tym świętem. Myślę, że dobrze, iz jest, bo póki pamiętamy o tych, którzy odeszli są z nami, żyją oni choć w naszej pamięci. Ja zapalam znicze na grobach zapomnianych, ciesząc się, że póki co nie mam tu własnych. Oby tak było jak najdłużej. Zapalam więc znicz symbolicznie mojej babci, jej siostrze i innym członkom rodziny mamy, których groby nigdy już nie odwiedzę. Kiedy jestem w jakimś kraju poza Polską, ciekawi mnie jak tam czczą zmarłych. Lubię zajrzeć na cmentarz. W Niemczech znalazłam na cmentarzu grób z napisem, który mnie trochę ubawił. Mam jakieś dziwne poczucie humoru. Był piękny słoneczny dzień, początek września. Pokazywaliśmy synowi z mężem stary cmentarz w centrum miasta, dokąd jeździliśmy służbowo. Niemcy traktowali ten cmentarz jako rodzaj parku, bo chowano tam tylko bardzo zasłużone dla uniwersytetu postacie. Po alejkach biegały w ramach rekreacji różne osoby (taka cmentarna ścieżka zdrowia), inni spacerowali z pieskami różnej maści, które załatwiały tam swoje potrzeby. Nastrój więc był luzacki i może dlatego skonsternowana tym, co widziałam, wybuchnęłam na widok tego nagrobka śmiechem, bo na nagrobku stało, jak byk napisane "Do zobaczenia" i tylko tyle. Właściwie w tym się zawiera wszystko. Oto fotka tego grobu. Nieboszczyka bardzo przepraszam za swój głupi śmiech.
    

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zimowe opony

piątek, 23 października 2009 22:39
Zmieniliśmy dzisiaj opony (a właściwie) koła na zimowe. Nie chciałam dłużej zwlekać, bo pogoda zmienia się w tym roku radykalnie. Bardzo zdziwił mnie 14 października śnieg. Jest to dzień urodzin i imienin mojego syna, wiec zapamiętałam pogodę w tym dniu sprzed 25 laty. Była złota polska jesień. Na podwórku szpitalnym rosła stara brzoza cała w żółtych listach. Patrzyłam na nią i na słońce przez okno. Byłam bardzo szczęśliwa. Pomyślałam wtedy, że muszę zapamiętać ten dzień i to, co czuję, bo to był "naprawdę piękny dzień". Mój syn urodził się bez problemów i szybko, a ja tak bardzo bałam się drugiego porodu i chwilami wydawało mi się, że go nie przeżyję. Kiedy jest mi ciężko, to wspominam moment po narodzinach swoich dzieci.Wręcz szalałam z radości. To była prawdziwa euforia. Kiedyś zapytałam moją mamę, co czuła po moich narodzinach, a ona po chwili namyłu powiedziała, że paniczny strach, bo przerażały ją obowiązki i jak sobie poradzi w życiu z dzieckiem.Zrobiło mi się przykro, gdyż wydawało mi się, że ucieszyła się z moich narodzin. Teraz rozumiem, że ojciec był daleko, był cudoziemcem, więc mama znajdowała się w znacznie gorszej sytuacji niż ja. Szkoda, że nie było jej dane przeżyć takiej wspaniałej chwili. Biedna ta moja mama. Staram się ją wspierać, jak mogę, a najbardziej żal mi jej z powodu wieloletniej rozłąki z ojczyzną i bliskimi. Chociaż w Polsce moja matka spędziła większość życia, to w duchu zawsze tęskniła za swoją matką, ojcem, ciotkami, a nawet za niepowtarzalnymi smakami ukraińskich arbuzów, pomidorów, oleju słonecznikowego, chałwy słonecznikowej i tysiącem innych rzeczy. Kiedy parę lat temu pojechałam znalazłam się w Kijowie chciałam kupić mamie w prezencie perfumy, które kiedyś tak lubiła, ale okazało się, że takich perfum nikt już nie produkuje. W Moskwie też szukałam czegoś dla niej typowo rosyjskiego (czytaj "radzieckiego"), kupiłam różne rzeczy, ale mama najbardziej ucieszyła się z rosyjkiej musztardy. Jest to niezwykle ostra rzecz, aż oczy wychodzą z orbit.Rosjanie lubią sobie stroić żarty z Polaków, częstując ich tą musztardą. Więc jeśli ktoś się wybiera do Rosji, to radzę uważać na musztardę.             
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

Dziękuję wszystkim za wsparcie!!!

niedziela, 18 października 2009 23:25
Chociaż jest mi ciężko, to staram się nie popadać w jakiś skrajny pesymizm. Ojciec czuje się dobrze, chociaż z lewej strony powiększył mu się brzuch, ale mój brat twierdzi (jest chirurgiem), że to normalne i za jakiś czas ściągnie mu płyny pooperacyjne sam strzykawką. Chyba nas nie nabiera? Sama nie wiem, w co wierzyć. Myślę, że w takich chwilach należy zaufać Opatrzności i przyjąć wszystko z pokorą. Oduczyłam się zadawać sobie pytanie "Dlaczego mnie to spotkało?". Odpowiedź jest prosta - taki jest mój los, a dlaczego miałoby to spotkać innego człowieka? Okulista powiedział mi, że nie stracę wzroku w lewym oku. Jego zdaniem wylew się cofnie i będę lepiej widziała, ale dopiero za rok. Kontrolną wizytę mam w styczniu. Wiele informacji znalazłam w necie. Chyba mam na to szansę. Tego kurczowo się trzymam, bo wiara czyni cuda. Mam normalnie żyć. Mogę pracować przy monitorze i to jest bardzo pocieszające. Wróciłam więc spokojnie do pracy, chociaż w lewym oku wiruje mi ażurowa czarna kula. Mam też jakieś zaburzenia w ocenie odległości. Łyżeczkę wkładam czasami obok szklanki, a nie do niej. Cóż, jakoś to przetrzymam. W pracy szefowe z niedowierzaniem wysłuchały mojej opowieści, bo wylewu do wnętrza gałki ocznej na zewnątrz nie widać. Oko wyglą normalnie. Chyba kiedyś pokażę im USG oka, żeby się uspokoiły. Tak w ogóle to staram się myśleć pozytywnie i znajdować drobne przyjemności i radości w każdym dniu. Byłam w piatek u rodziców i pokazałam im swój profil na naszej-klasie oraz galerię zdjęć. Bardzo się śmiali z komentarzy i moich niektórych podpisów pod fotkami. Syn zapisał do naszej-klasy mojego ojca i uczymy go teraz posługiwania się tym portalem oraz korzystania z internetu. To lepsze od czekania na śmierć. Nie chcę, żeby wszyscy pogrążyli się w jakiejś bezgranicznej rozpaczy i smutku. Dzieci śmigają samochodem i czuję się teraz jak panisko, bo mam dwóch kierowców. Prawka sobie nie odpuszczam, ale ojciec jest ważniejszy. Jak tylko poprawi mi się widzenie, zaraz siadam za kierownicę. Czasami byłam zła na siebie, że jestem taka dziecinna i naiwna, ale teraz widzę, że ma to dobre strony, bo choć nieco slepa i nieco głucha ciągle pozostaję marzycielką i to pomaga mi żyć. Czy w samochodzie powinny być jakieś na szczęcie gadżety? Co wieszacie na lusterku? Napiszcie mi o swoich amuletach.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Dlaczego milczę

czwartek, 01 października 2009 20:51
Niestety nie mogę pisać. Czas mojego milczenia był czasem smutku i chorób. Tak już jest w życiu - raz pod wozem, raz na wozie. Cały sierpień zmagałam się z ciężką chorobą ojca. Od lat choruje na raka. Nastąpiło pogorszenie. We wrześniu (połowa miesiąca) trafił do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Usunięto mu nerkę. Podczas zabiegu pare razy go reanimowano, potem na dobę wprowadzono w stan spiączki. Choć starałam się zachować spokój, to miałam pod koniec sierpnia wylew krwi do wnęrza gałki lewego oka. To stres. Na szczęście ojciec przeżył operację. Powiedziano mi w szpitalu, że to cud! Ja leczę swój wylewik nadal. Niestety rezultaty są niewielkie, straszą mnie operacją. Samochód bardzo się przydał do wożenia ojca po szpitalach. Jak poprawi mi się wzrok, to opiszę szczegółowo swoje dzieje. Teraz próbuję się spionować. Zaklejam lewo oko plastrem i poprawiam artykuł swojej doktorantki. W lewym oku mam mgłę z prześwitami, czarne kółka i kropki. Jak patrzę obydwoma, to okropnie mnie to denerwuje. Ratunku!!!   
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Samochód, czyli o moim pierwszym samochodzie słów kilka...

wtorek, 11 sierpnia 2009 22:30
Ciągle się uczę i nie tracę nadzei na prawko, chociaż mimo urlopu mam całą masę spraw na głowie. To miał być spokojny sierpień, ale plany sobie, a życie sobie. Jestem mężatką od ponad bardzo dawna i uważam, że mimo wzlotów i upadków moje życie rodzinne jest udane, ale prezent jaki zrobił mi mój mąż przeszedł wszelkie moje oczekiwania. Kupił mi samochód!!! OPLA CORSĘ 5-drzwiową Enjoy ZiHEP, srebrną silver, metalik, nową! Poszliśmy do salonu, pomagał nam w wyborze samochodu teść mojej córki. Przed wyjściem z domu mój małżonek usiadł w fotelu i oznajmił, że nie muszę kupować samochodu na raty, bo on ma odłożone pieniądze. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo kiedy go z dwa miesiące temu spytałam, czy dołoży mi się do samochodu, odburknął, że "NIE!". Zaczęłam więc kombinować, jaki mogę nabyć pojazd, żeby jakoś nareszcie móc czymś jeździć, skoro dzieci mają prawko, a ja też w tym względzie chcę pójść do przodu. Mój mąż nie ma prawa jazdy i w odróżnieniu od wielu mężczyzn nigdy nie pragnął go posiadać, podobnie jak samochodu. Kiedy w salonie doszło do określenia właściciela, mąż powiedział, że jestem nim ja. W najbliższych dniach (może już w piątek) samochód ma być dostarczony do salonu. Jak więc mogę w tej sytuacji nie zrobić prawka? A myślałam, że mój mąż nie ceni moich starań o nie, a tu taka niespodzianka. Co sądzicie o tym samochodzie?
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (30) | dodaj komentarz

Bakłażany wedle przepisu mojej babci

wtorek, 28 lipca 2009 0:29
Bakłażany są świetnym daniem, jeśli się lubi potrawy jarskie.

Картинка 174 из 1537

Na obrazku z yandex. ru znalazłam część produktów do tego dania. Jak kiedyś sama przyrządzę rodzinie to danko, a nie zapomnę pstryknąć fotkę, to dam swoje zdjęcia. Podaję przepis na 4 osoby.
Produkty: 4-5 bakłażanów średniej wielkości, 4-5 dojrzałych pomodorów, 3 duże cebule, 1 papryka, główka czosnku, pieprz mielony, sól, olej, łyżeczka cukru.
Bakłażany należy umyć i upiec ze skórką w średnio nagrzanym piekarniku (15-20 minut). W tym czasie na patelni dusimy (nie smażymy) na oleju pokrojone w plastry dosyć grube cebule (cebulę na pół i gdzieś 3mm plastry), do których dodajemy  tak samo pokrojone pomidory i dosyć cienko skrojoną paprykę, solimy, pieprzymy do smaku, dodajemy łyżeczkę cukru lub miodu, co w sposób tajemniczy nadaje naszemu sosowi lekko słodko-kwaśny smak (mój ulubiony).  Czosnek obrany możem zgnieść przez praskę lub posiekać. Wrzucamy go na końcu, żeby jego aromat nie zaginął.
Upieczone bakłażany (muszą być miękke, wchodzi wydelec) studzimy i obieramy ze skórki, a potem kroimy w dosyć grube plastry (na palec). Bierzemy rondel lub garnek i wkładamy wartstwami: najpierw warstwę tego, co mamy na patelni, potem warstwę bakłażanów, aż do wyczerpania składników. Dobrze jest upieczone i pokrojone bakłażany nieco posolić. Dusimy parę minut. Można jeść na ciepło, ale ja wolę na zimno.
Tak przyrządzone bakłażany smakują większości osób i nieco przypominają smakiem grzyby. Bakłażany są znanym afrodyzjakiem (nazywają je inaczej gruszka miłosna), więc nadają się na romantyczne kolacje. Wybornie smakują z czerwonym wytrawnym i dobrze schłodzonym winem. U babci zapijaliśmy je nalewką z dziurawca, czyli bimbrem z dziurawcem. Też miało swój urok.
 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Patrząc dzisiaj na prawka moich dzieci pękałam z dumy!

poniedziałek, 27 lipca 2009 23:49
Serdecznie dziękuję WSZYSTKIM za wpisy. Będę jakoś odpowiadała na nie w miarę sił i możliwości. W piątek wieczorem odesłałam recenzję na zbiór artykułów (sztuk 21, w tym jeden ponad 50 stron). Mogę więc wkuwać teorię i pora znowu zacząć jeździć, bo mam przerwę. Dzisiaj moja córka po powrocie z wakacji odebrała swoje prawko i w podskokach przybiegła do nas. Poprosiłam syna, żeby dał mi swoje. Położyłam prawka na stole w stołowym pokoju i powiedziałam: - Moje drogie dzieci! Jestem z was bardzo dumna i ogromnie się cieszę, że są to prawka uczciwie zdobyte, bez łapówek i innych przekrętów. To jest też w jakiejś części mój prezent dla was na całe życie. Córka na to: - Tak się cieszę, mamo, że nie zmarnowaliśmy twoich pieniędzy. Ona cały czas bardzo przeżywała swoje nieudane próby zdania egzaminu w Płocku i konieczność dalszych lekcji, choć jej cały czas potarzałam, że niech się spokojnie uczy dalej, że nadejdzie ten moment, kiedy przestanie się bać, poczuje, że jest gotowa i tak się stało. Podczas egzaminu tylko na początku odczuwała lęk, ale jak wyjechała na miasto z placyku im dłużej jechała, tym mniej się bała i nawet nie poczuła zmęczenia. Egzamin wydał jej się krótki. A jakie trudne miała początki. Totalny roztrój żołądka, bezsenne noce, paniczny strach. Jednak się przemogła. Znam wiele bardzo inteligentnych i bystrych osób, które wielokrotnie zdawały egzaminy. Moja jedna doktorantka zdała dopiero za ósmym razem, druga za piątym, znajoma lektorka od angielskiego dopiero zaliczyła dziesiąty egzamin. Wszystkie te osoby były mądre, wykształcone, odważne. Jedna z moich doktorantek była opiekunem w wyprawie na Syberię i poradziła sobie. Nie jest więc żadną hańbą nie zdać, bo jak widzicie jest się w przednim towarzystwie!!! To uwaga dla tych, którzy nie mogą się zmusić do ponownego podejścia do egzaminu. walczcie ze sobą, swoim lękiem, niewiarą we własne siły. Trzeba znaleźć dobrego instruktora, który wam odpowiada, nie stresuje was głupimi docinkami, a uczciwie uczy. Lepiej się wycofać z lekcji z osobą, która wam nie odpowiada. Mam wieloletnie doświadczenie w pracy z młodzieżą i często dziwi mnie, dlaczego niektórzy studenci wybierają na swoich promotorów "żandarmów", tj. ludzi (najdelikatniej mówiąć) brutalnych. Spróbowałam (ogródkami) wysądować studentów. Niektórzy z nich otwarcie powiedzieli, że tylko takie osoby są w stanie zmusić ich do pracy. Myślę, że tak jest z instruktorami. Moja córka szybko się zacietrzewia i wścieka, jak ktoś się z niej nabija, albo nią dowartościowuje, więc szukała osoby spokojnej i grzecznej, bo tylko z kimś takim mogła się uczyć. My z synem jesteśmy bardziej spolegliwi, więc nasz instruktor czasami nam dowalał, ale spuszczałam uszy po sobie. Teraz kiedy mam już większe doświadczenie, bo uczyli mnie też inni instruktorzy, wiem, że wolałabym kogoś takiego, jak znalazła córka i to właśnie u tej osoby chcę się douczyć, czyli od przyszłego tygodnia zaczynam znowu jazdy.
Teraz z innej beczki. Przez ostatnie trzy tygodnie opiekowałam się malutkim kotkiem, którego uratowała i  wykarmiła pipetą moja córka. Ma ona dwa koty, ale starszym zajęła się teściowa, gdyż od lat ma koty w domu (matkę z synem), więc stwierdziła, że to nie jest problem zająć się trzecim kocurem, bo rodzice zięcia mieszkają w tej samej kamienicy. Bardzo się baliśmy z mężem, żeby nic się nie stało kotkowi, np. żeby nie wypadł z balkonu. Mieszkamy na 3 piętrze. Mąż zgrodził wejście na balkon i kota wynosiliśmy na balkon tylko na ręku. Z kotem żyło nam się super. Mąż biegał wieczorami po całym mieszkaniu z myszą na sznurku. To była świetna zabawa, a kot jak się zmęczył, to potem spał do rana jak zabity. Nie brudził. Choć malutki, to biegał za potrzebą do kuwety. Trzeba było bardzo jednak uważać, jak się chodziło po mieszkaniu, żeby go nie nadepnąć albo nie przytrzasnąć drzwiami. Rozwiesiłam wszędzie ogłoszenia "UWAGA! KOT!". Zdejmowałam je ze smutkiem. Kiedyś przygarnę jakiegoś kotka, ale nie teraz kiedy pracuję na 2 etaty i ciągle jestem poza domem. To zdjęcie pupilka córki.

         
 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Prawko, czyli dziennik kobiety szalonej

środa, 15 lipca 2009 0:00
Moi drodzy Blogowicze! Dziękuję za tak ogromne zainteresowanie moim prawkiem. Żaden temat nie wzbudził tak żywego odzewu! Skoro więc Was to naprawdę interesuje, postanowiłam prowadzić dziennik moich zmagań. Najpierw parę informacji z czego się uczę. Najbardziej podoba mi się podręcznik "Pytania testowe AB z komentarzami" wydany przez grupę IMAGE, Warszawa 2007. Każda odpowiedź jest logicznie wytłumaczona, więc jeśli gdzieś się pomylę, to szukam wyjaśnień, co pozwala mi szybko powtórzyć teorię. Korzystam też z "Podręcznika kierowcy B" Henryka Próchniewicza, wyd.10, Warszawa 2006. Mam też "Kodeks drogowy", ale lubię uczyć się i powtarzać materiał z "Encyklopedia Nauki Jazdy". Jest to płyta, którą syn wgrał mi na kompa (kupił ją za parę groszy w kiosku). Lubię widzieć i słyszeć jednocześnie zasady ruchu. Powtarzam więc materiał w ten sposób. Na płycie jest też symulacja jazdy, ale bardzo stresująca. Uważam, że łatwiej jest prowadzić samochód w realu, niż nadążyć z klikaniem na lusterka, kierownicę itd. Też z tego korzystam, bo takie ćwiczenia uświadomiły mi konieczność ciągłego sprawdzania lusterek, na co instruktorzy na kursie zupełnie nie zwracali jakoś uwagi. Ponieważ muszę do końca lipca napisać recenzję na zbiór artykułów, więc staram się godzić powtarzanie teorii z pisaniem, ale się zaparłam. Teraz albo nigdy! Muszę zdać teorię, jeszcze nie próbowałam. Od 19 lipca chciałabym zacząć znowu jeździć i przystąpić do egzaminu, ale nie na wariata, żadne tam "a może jakoś się uda", zrobię to, jak poczuję, że jest dobrze. Wyjeździłam już wiele godzin poza kursem, ale mam przerwę. Teraz nie mogę sobie odpuścić. Nie podchodzę do egzaminu ambicjonalnie, jestem gotowa zdawać ile trzeba. Moja mama powiedziała mi coś bardzo rozsądnego: lepiej pomylić się  podczas egzaminu niż samotnie na drodze, bo taka pomyłka może kosztować życie. Chcę być obryta, jak dzikie prosię, poznać kruczki na które łapią się kursanci, a zastawiają instruktorzy na nich pułapki, oj, zastawiają. Będę więc uczciwie opisywała swoje zajęcia i jeśli nie zdam, to też o tym napiszę, bo może komuś to pomoże pozbierać się i iść dalej. Choć nie mam jeszcze prawka, to już rozumiem, że lubię jeździć i chcę być dobrym kierowcą, wozić swoich starych rodziców i męża, który za żadne skarby świata nie chce prawka.Taki mi się trafił chłop, ale co tam, będę go woziła, w końcu on umie prać i gotować, więc jakoś mu ten brak zapału samochodowego wybaczę.    
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

Jestem uskrzydlona sukcesem córki. Zdała prawko!!!

środa, 01 lipca 2009 0:27
Jak większość rodziców cieszę się z sukcesów dzieci bardziej niż ze swoich. Dzisiaj moja córka zdała egzamin na prawko!!! Wystraszona opowieściami o niezwykle wrednych instruktorach w Łodzi, postanowiła zdawać prawko w Płocku, czyli pójść na skróty, bo tam nie ma tramwajów, tylu rond i wszyscy studenci mówią, że bez problemów najwyżej za trzecim razem się zdaje. Jednak trzy podejścia do egzaminu pokazały, że jest to jakiś mit. Mówiąc szczerze też tak myślałam i wytrwale ćwiczyłam jazdę z dziećmi po Płocku. Przegrana córki zmusiła nas do głębszej refleksji. Skróty są nie dla nas, czyli radzi nieradzi postanowiliśmy jednak zdawać w Łodzi. Syn zdał egzamin za drugim podejściem, co wniosło drobną nutę optymiznu w nasze życie. Córka znalazła w Łodzi dobrą szkołę i instruktora, który bardzo poważnie potraktował przygotowanie do egzaminu oraz jej problemy za kierownicą. Stać go było na to (i chwała mu za to), żeby zastanowić się, co tak naprawdę powoduje jej lęki za kółkiem. Zaproponował jej wolniejszą jazdę, częstsze używanie hamulca. Systematycznie powtórzył materiał, pokazał różne typowe pułapki na trasie egzaminacyjnej i zdała za pierwszym podejściem. Nie zrobiła żadnego błędu i uważała, że egzamin jest łatwy. Kiedy zapisałam ją na kurs była wściekła. Twierdziła, że zginie przy pierwszej jeździe. Czegóż ja się nie nasłuchałam!!! Teraz jest szczęśliwa i dumna z siebie, ale ja dobrze znam swoje dziecko i byłam pewna, że prawka sobie nie odpuści. Zgodnie z moim planem teraz kolej na mnie. Wakacje mam na zdobycie prawka. Proszę o wsparcie duchowe, bo ja już bardzo dawno skończyłam 18 lat.  
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (45) | dodaj komentarz

Mój jedyny sfotografowany obrazek

wtorek, 23 czerwca 2009 0:13



Ten jedyny swój obrazek odkryłam na ścianie naszego przyjaciela Niemca. Dałam go mu przed laty i było mi bardzo miło, że go zachował i powiesił sobie na ścianie. Bardzo lubiłam kiedyś malować. Nie były to wiekopomne dzieła, ale samo malowanie jest bardzo kojącym zajęciem. Może kiedyś do niego wrócę.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Upiór w operze

niedziela, 21 czerwca 2009 23:57
Dziękuję za słowa otuchy. Staram się jakoś zmierzyć ze swoim wiekiem, tym co mnie dręczy. To prawda, że zawsze zostają wspomnienia, nadzieja, że póki pamiętami o tych, którzy odeszli, żyją oni w nas. Myślę, że może nas wspierają z innego wymiaru? Mój mąż jakoś nieco inaczej niż ja postrzega nasz wiek i możliwości. Szczerze, chyba lepiej być Bliźniakiem , jak on, niż nostalgiczną Rybą, jak ja. Dlatego też chętnij niż ja uczestniczy w różnych imprezach. Zapisał więc nas na 20.06 na wycieczkę do Warszawy do Teatru Roma i dzięki temu obejrzałam "Upiora w Operze". Poraził mnie przepych i rozmiar tego spektaklu, ilość różnego rodzaju efektów pirotechnicznych. Bardzo spodobała mi się scenografia, muzyka, balet, gra aktorska. Fabuła jest znana i smutna. Wpisała się w moje ostatnie klimaty. Denerwowało mnie nagłośnienie. Jak zrozumiałam, wszyscy śpiewacy mieli bezprzewodowe mikrofony. Dzięki temu każde ich zaśpiewane, czy też wypowiedziane słowo docierało do widza, ale chyba były one włączone "na maksa", bo chwilami trudno było tego słuchać. Huraganowy dźwięk, tajfun. Może jestem przyzwyczajona do tradycyjnego śpiewu operowego i czułam się chwilami sponiewerana decybelami. Chciabym usłyszeć, jak naturalnie brzmią głosy zespołu, bez "wspomagacza". Byłam też bardzo zmęczona, bo musiałam wstać o 5 rano, gdyż spektakl poprzedziło zwiedzanie Łazienek. Na szczęście  nie padało. Postanowiłam być dzielna i na nic nie narzekałam, bo przecież mąż chciał zrobić mi przyjemność, ale do domu wróciłam okropnie zmęczona. Mam teraz taki trudny czas w pracy (zmasowane sprawdzanie prac licencjackich i  magisterskich) i gonię resztkami sił. Ten rok z nową szefową całkowicie mnie dobił. Pocieszam się, że 06.07. są ostatnie obrony i nareszcie będę mogła odetchnąć, np. pojeździć na rowerze, wyspać się, pójść do rodziców, pobyć w domu. To tyle na dziś.       
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Czasami lepiej jest się wypłakać

środa, 17 czerwca 2009 0:26
Mam taki dzień niby nic się nie zdarzyło, ale spotkałam się ze swoją byłą magistrantką z Ukrainy i powrócił do mnie taki spychany na samo dno podświadomości, na samo dno mojego serca mój rozpaczliwy smutek i tęskonta za miastem, gdzie się urodziłam, za moją zmarłą babcią, o której zawsze pamiętam, za bardzo trudnym moim dzieciństwem. I zapragnełam chociaż na moment tam powrócić w ten czas, kiedy wszyscy byliśmy razem, więc odnalazłam w necie to miasteczko i natrafiłam tam na pewne zdjęcie parku. I poczułam, że mój świat już odszedł razem z cieniem mojej babci, z którą chodziłyśmy tą alejką, jedząc lody, że jestem od tak dawna taka absolunie samotna, bo nie ma nikogo, kto zapłakałby ze mną, rozumiejąc mój irracionalny smutek za jedyną bezpieczną przystanią mojego życia, jaką był dom mojej zmarłej babci. Teraz nawet w snach mnie nie odwiedza. Śni mi się jedynie jej puste mieszkanie, zrujnowane, porzucone, gdzie śpią obcy ludzie. A jak tak rozpaczliwie, beznadziejnie tęsknię za nią.   

Podziel się
oceń
0
1

komentarze (62) | dodaj komentarz

Odpowiedź Katolikowi

niedziela, 14 czerwca 2009 1:05
Postanowiłam odpowiedzieć na komentarz Katolika w ten sposób, bo myślę, że ktoś kto zadał sobie tyle trudu, aby sklonić mnie do rozważania nad dalszą drogą, którą podążę w życiu, jest godny szacunku i uczciwej odpowiedzi. Bardzo cenię ludzi, którzy mają tzw. kręgosłup moralny, żyją zgodnie w wyznawaną wiarą. Często jednak słowa oraz deklaracje nie idą w parze z uczynkami. Rozumiem, chcę wierzyć, że napisał do mnie człowiek głęboko wierzący, który troszczy się o zbawienie mojej duszy. Mam wiele jednak watpliwości, czy na to naprawdę zasługuję. Uważam, że jestem człowiekiem niedoskonałym, który często popełniał błędy, więc cieszy mnie, że mimo to, Katolik pochylił się nade mną.
Oto moja odpowiedź.
Wiara jest łaską. Wiara jest tajemnicą. Wiara jest nieustannym zmaganiem się ze złem,
nikczemnością, podłością, własnymi słabościami. Wiara jest miłością, która rodzi miłosierdzie. Wiara jest dążeniem do dobra, światłem nadzei, dążeniem do poznania prawdy. Wiara jest służeniem innym nawet kosztem własnego życia. Tego nauczał Chrystus. Jedni otrzymują swoją wiarę dzięki rodzinie, wzrastają w niej i jest ona dla nich tak oczywista i prosta, jak wschód słońca, Inni muszą przebyć długą drogę, aby uwierzyć,
Jeśli przeczytałeś moją powieść, to rozumiesz, że ja przychodzę z innego świata, nie idę szerokim gościńcem, a krętą ścieżką.  Nie uciekam od trudnych spraw i złożonych decyzji, jestem otwarta na dobro i prawdę, widzę jednak wokół siebie wiele zła, agresji, nietolerancji i ciągle zadaję sobie pytanie, dlaczego ludzie jednego wyznania nie chcą podjąć trud dialogu, rozmowy, z tymi, którzy myślą inaczej, przecież powinniśmy szanować się nawzajem, jesteśmy ludźmi, istotsmi rozumnymi, wrażliwymi, mamy jedną planetę, jedno niebo, słońce, a mordujemy się z niskich powodów, tak mało cenimy wartość ludzkiego życia. Dlaczego wiarę krzewiono za pomocą oręża i w imię jej przelewano niewinną krew? Chcę rozmawiać, zyskać prawdziwą mądrość, ale nie dlatego, że boję się piekła. Nie boję się gróźb, bo prawdziwa wiara nie może być oparta na strachu, a miłości. Nie chcę należeć do żadnych religijnych ugrupowań, bo nie ma na świecie wyznania, które nie splamiłoby się krwią i cierpieniem innych. Nikt na tym świecie nie ma monopolu na prawdę i powodów, aby gardzić innym człowiekiem tylko dlatego, że nie podziela jego światopoglądu. Szanując godność i prawo innych ludzi do odmiennej interpretacji wszechświata, pragnę, aby uszanowano moje prawo do własnych przekonań. Jestem pacyfistką, nie znoszę przemocy, terroru, nietolerancji. Uważam, że ludzie mogą wiele uczynić dobrego na drodze pokojowych negocjacji, pomagając sobie nawzajem. Na Ziemi jest wiele cierpienia, głodu, chorób. Pomóż choć jednej cierpiącej istocie, a niebo otworzy się przed tobą. Zamiast pouczać, jak żyć, daj głodnemu kromkę chleba, otrzyj pot z czoła chorego, przygarnij bezdomnego psa, umyj nogi niedołężnemu starcowi. Oto cała moja filozofia.               

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

GAŁUSZKI

czwartek, 11 czerwca 2009 23:46
Oto przepis na prostą i pożywną zupę, która nabiera szczególnego smaku następnego dnia. Pamiętam ją z dzieciństwa. Jako że na wielkie gotowanie (czytaj obiad z dwóch dań) przeważnie nie mam czasu, zupy gotuję na mięsie, żeby można się było najeść jednym daniem. Mięso nadaje się każde, szczególnie z kością, wybornie smakuje w tym przypadku wołowina, ale ja ze względu na szybkość przyrządzania wolę skrzydełka kurczaka (Chińczycy uznają je za najbardziej luksusową część kury). 
PRZEPIS
Myjemy skrzydełka (piszę o tym, bo niewprawni kucharze nie myją przyniesionego ze sklepu mięsa. Moja koleżanka nigdy nie myła kurczaka, bo jej zdaniem był zupełnie czysty). Skrzydełek powinno być tyle ile porcji ma mieć zupa, najlepiej po dwa na osobę, żeby się najeść. Wrzucamy je do garnka z gorącą wodą średniej pojemności, natychmiast solimy (płaska łyżka soli), można zapomnieć o posoleniu, dodajemy 6 sztuk ziaren pieprzy, dwa listki laurowe, też należy je opłukać pod bierzącą wodą. Są to przecież liście, które rosną na drzewach czasami nawet przy bardzo ruchliwych ulicach.  Wrzucamy też obraną i pokrojoną w kostkę włoszczyznę, drobno posiekany na paski por. Teraz na powolnym ogniu gotujemy wywar. W tym czasie bierzemy 1i 1/2 szklanki mąki, wsypujemy ją do miseczki, dodajemy jedno całe jajko, szczyptę soli, wlewamy trochę przegotowanej zimnej wody i wyrabiamy łyżką dosyć gęste ciasto o konsystencji dobrej kwaśnej śmietany. Kiedy mięso nieco zmięknie bierzemy małą łyżeczkę i na gotującą się zupę wkładamy kawałki surowego ciasta, które zamienią się w pyszne kluseczki. Po paru minutach gotowania wyjmujemy jedną i sprawdzamy, czy jest gotowa. Do zupu tej mozna dodać razem z włożczyzną parę kartofli (warian mojej babci). Musimy na koniec zupę spróbować, ale nie łyżką z garnka. Istnieje bardzo higieniczny sposób próbowania zup i sosów. Na mały spodeczek wlewamy łyżkę zupy i próbujemy ją ze spodeczka. Na koniec do zupy wrzycamy drobno posiekany koper lub pietruszkę, zagotowujemy i możemy już jeść. Koper nadaje zupie szczególny aromat. Gdyby zupa okazała się za mało słona nalezy ją delikatnie dos
olić i dopieprzyć mielonym pieprzem. Smacznego!
 
 
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Moje lenistwo się pogłębia... niestety!

wtorek, 09 czerwca 2009 23:51
Mam tak dość czytania, sprawdzania, gonienia, że zamiast przykładnie zabrać się za sprawdzenie prac, piszę boolg.Gubi mnie moja przekorna natura, a może zmęczenie, bo tutuaj się odpężam w tym wirtualnym świecie. Mój syn poprosił mnie o założenie nowej kategorii wpisów - książki kucharskiej. Nawet spodobał mi się ten pomysł, gdyż moja kuchnie odbiega nieco od tradycyjnej polskiej kuchni.Mam trochę tremę, gdyż nie uważam, że jestem jakąś genialną kucharką, ale skoro moje przepisy mogą pomóc mojemu synowi w jego życiu poza rodzinnym gniazdem, to spróbuję coś naskrobać. Może poza nim komuś się to przyda, bo niektóre potrawy są absolutnie proste, tanie, dla biedaków. Mieszkając wiele lat w akademikach, starając się wyżywić dzieci w PRL, gdzie ciągle czegoś brakowało, opracowałam zestaw potraw na wszelkie okazje życiowe. Z gotowaniem też wiąże się parę anegdot rodzinnych, więc będą to przepisy kulinarne przeplatane historyjkami. Może sfotografuję jakieś swoje wyroby, ale to jutro.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Jestem sama, ale nie osamotniona

wtorek, 09 czerwca 2009 0:08
Pierwszy raz od niepamiętnych czasów zostałam sama w domu na tydzień. Mąż wyjechał służbowo do Niemiec, syn do przyjaciółki do Krakowa, gdzie przechodzi staż w nadzei, że uda mu się znależć jakąś w miarę sensowną pracę. Ja zaś poczułam się tak odprężona i wyciszona, że nawet nie chce mi się umyć naczyń. Jak się tak goni na czas z robotą, to następuje taka chwila zmęczenia, że nawet wstanie z łóżka i kawa nie pomagają się sponować. Kończy się rok akademicki. Czas na podsumowanie. Nowa szefowa okazała się istnym wampirem energetycznym i choć bardzo się starałam nie nadeptywać jej na odciski, unikać zbędnych starć, to jednak "momenty były". Staram się zapomnieć o przykrościach. Bycie choć umiarkowanym optymistą do czegoś jednak zobowiązuje. To nie był zły rok, ale wiele się działo, moja doktorantka otworzyła przewód doktorski, syn za drugim podejściem zdał prawko... Jak to w życiu bywa złe dni przeplatają się z dobrymi. Urządziłam sobie w tym roku balkon. Mąż zasadził bratki, ja dzikie wino, które zawsze kojarzy mi się z Gałczyńskim. Czekam na urlop. Tym razem bez wyjazdów, bo muszę spróbować zdać prawko. Zobaczymy, jak mi pójdzie. Jeszcze nie próbowałam. Czuję, że najpierw muszę jednak odpocząć, chociaż trochę.

Oto moje bratki, które bardzo słodko pachną.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Każdy marzy o miłości

niedziela, 07 czerwca 2009 0:06
Każdy marzy o miłości. Jedni przyznają się do tego, inni to ukrywają. A miłość jak to miłość nie przychodzi na zawołanie, nie podaje nam pomocnej dłoni, kiedy naprawdę jest nam niezbędna. Miłość, jak trafnie napisał Bułhakow, dopada nas w zaułku znienacka niczym najemny morderca. Historia miłosna, którą wam opisałam, nie rozwija się tak słodko, jak mogłoby się wydawać na początku. A może nie chodziło w tej całej historii o miłość, jakie przewidujecie dalsze losy tej nietypowej pary?
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Tak tęsknię za blogiem

środa, 27 maja 2009 1:27
Mam ciągle za mało czasu na pisanie, a tyle się dzieje... Zupełnie przypadkowo zostałam w ciągnęta w miłosne perypetie osób, które przedstawiłam w poprzednim wpisie. Najpierw stałam się doradcą żony, jako osoba bardziej biegła w sprawach rosyjskich (trochę mnie to kręciło), ale obecnie raczej nie jest to łatwe, bo sprawy zaczęły się komplikować. Cóż związki na odległość nie są łatwe, a ja nie czuję się ani dosyć mądra, ani nie posiadam żadnych magicznych mocy, aby skutecznie pomagać innym. Raczej się trochę martwię, co będzie z tymi szalonymi kochankami dalej.     
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Miłość i Moskwa

środa, 29 kwietnia 2009 23:54
Wśród moich moskiewskich wspomnień ważne miejsce zajęła... miłość. Oto autentyczna historia miłosna Rosjanina i Polki. Jednym z inicjatorów naszej współpracy z Moskwą stał się pewien Rosjanin, nazwijmy go Sergiusz, aby nie naruszać niczyjej prywatności. Znał on bardzo dobrze język polski, interesował się polską kulturą, szczególnie twórczością Wyspiańskiego. Jesienią był na konferencji naukowej u mojego męża, ale wtedy nie zwróciłam na niego uwagi. W Moskwie pełnił rolę naszego opiekuna. Sprzyjało to bliższemu poznaniu. Sergiusz wówczas opowiedział nam, że właśnie w lutym ożenił się z Polką. Poznał ją w internecie na jakichś czatach. Szukał kontaktu z Polakami, gdyż pisał pracę o "Weselu". Polskiego nauczył się sam. Zaaferowana Moskwą niezbyt uważnie słuchałam opowieści Sierjoży, ale kiedy wróciłam do kraju, zadzwoniła do nas jego żona, która chciała się upewnić, czy napewno dotarły do nas wysłane przez nią dokumenty. Żona Sergiusza - nazwijmy ją Ewa - okazała się osobą bardzo rozmowną i spragnioną jakichś informacji o Rosji, gdyż nigdy tam nie była.  To ona opowiedziała mi historię swojej miłości. Jest to niezwykła opowieść o ludziach, którym los nie sprzyjał i którzy musieli wiele wycierpieć, aby nareszcie znaleźć swoją prawdziwą "połówkę".
Rok temu po pięciu latach zmagania z rakiem zmarła żona Siergieja. Jego życie było całkowicie podporządkowane opiece nad nią i nad dwójką nastoletnich dzieci. Jako pracownik naukowy moskiewskiej uczelni, szef Katedry musiał on jednocześnie  ciężko pracować, aby zarobić na dom. Kiedy poznał Ewę w necie, prowdzili ze sobą najpierw na forum, a potem na gadu-gadu zwyczajne koleżeńskie rozmowy. Polubili te pogaduszki. Sergiusz nie ukrywał, że jest żonaty i ma dzieci. Nagle rozmowy się urwały. Po jakimś czasie Sergiusz odezwał się i powiedział o śmierci żony. Ewa w tym czasie była już wdową. Jej los nie oszczędził cierpienia i poniżeń. Dziesięć lat temu uciekła ona w czym stała z swoimi dwoma córkami (jedna pięć lat, druga dziesięć) od męża alkoholika. Z pomocą rodziny kupiła kawałek ziemi i wybudowała mały dom na rodzinnej wsi. Będąc zdolną krawcową nie mogła narzekać na brak pracy. Powiedziała mi, że uwielbia szyć suknie ślubne. Sama uszyła 25 sukien. Rozwiodła się z mężem. Parę lat temu jej były mąż zapił się na śmierć. Ewa przez szereg lat miała uraz do mężczyzn i nie planowała ponownego związku, ale los Sergiusza, rozmowy z nim sprawiły, że serce jej drgnęło, więc kiedy zapytał, czy nie zaprosiłaby go na parę dni do Polski, o której tak dużo wie, ale zna ją tylko ze zdjęć, zgodziła się. To było piękne i zaskakujące spotkanie. Ewę zadziwiła uprzejmość, łagodność oraz jego dobroć. Jej córki (jedna jest obecnie mężatką) bardzo też go polubiły. Najbardziej Ewę zaskoczyło to, że (mówiąc bez ogródek) Sergiusz nie próbował zaciągnąć ją do łóżka. W ciągu tygodnia jego pobytu objeździli co się dało, Kraków, Wieliczka itd. Sergiusz bardzo zachwycał się Polską na każdym kroku. Wyjechał, ale wrócił za 18 dni i poprosił o rozmowę córki Ewy. Wtedy się oświadczył. Chciał znać najpierw opinię dzieci, czy będą w stanie go zaakceptować jako swojego ojczyma i wkrótce się pobrali. Był w tym roku na Wielkanocy u Ewy. W miejscowości, gdzie mieszka jest zwyczaj, że o 12 w nocy do kościoła wkracza w galowych mundurach straż pożarna z bębnami. Pod ich dźwięk wynoszona jest trumna Chrystusa z kościoła. Sergiusz był tak wzruszony, że zalał się w kościele łzami. Powiedział, że jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył czegoś tak przejmującego. Ewa chciałaby na 4 miesiące pojechać do Moskwy, ale bardzo się martwi, jak to będzie. Nigdy nie mieszkała w dużym mieście, jest prostą kobietą, a on intelektualistą, naukowcem. Ewa nie zna rosyjskiego, ani tamtejszych zwyczajów. Spytała mnie więc wprost, jak się ma ubrać, żeby mąż się za nią nie musiał wstydzić na uczelni. Dodałam jej ducha. Na naszej klasie obejrzałam ich ślubne zdjęcia. Ewa jest miłą i mądrą kobietą. Myślę, że jej mąż będzie szczęśliwy, że jest z nim. Jego dzieci są już dorosłe. Syn po studiach, córka studentka. To one namówiły ojca, żeby zdobył się na odwagę i oświadczył Ewie. Myślę, że im się uda ułożyć sobie wspólne życie. Czyż miłość, jak napisał Turgieniew, nie jest silniejsza od śmierci i strachu przed śmiercią?             

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Muzeum Bułhakowa

piątek, 17 kwietnia 2009 0:32
Z Muzeum Bułhakowa przydarzyła się dosyć zagadkowa historia. Przed wyjazdem do Moskwy poprosiłam organizatorów o pomoc w odnalezieniu Muzeum Bułhakowa. Po konferencji w niedzielę mieliśmy tam pójść w dzień razem ze studentką V roku. Dotarliśmy bez trudu do Muzeum, które mieści się na Sadowej w typowym czynszowym podwórku. Z Internetu znałam Muzeum. Wszystko wyglądało ciekawie. Na ścianach bramy powieszono obrazy z wątkami z "Mistrza i Małgorzaty". Podwórko niczym szczególnym się nie wyróżniało. Parę nagich o tej porze roku (marzec) drzew, kontener na śmieci centralnie stojący na środku, ale z lewej strony urokliwe drzwi z rzeźbą obok z lewej strony (pędzące konie, które wywożą bohaterów powieści wraz ze świtą Wolanda po balu poza Moskwę). Nawet bardzo mi się ta rzeźba spodobała. Z prawej strony romantyczna latarnia i ławki obok stendów z wizerunkami pisarza. Serce mi zadrżało ze wzruszenia. Weszliśmy do środka. Z lewej strony mieściła się dyżurka obok której stał w stroju policjanta z epoki portier z gębą jakąś kwaśną i nieżyczliwą, który widząc kamerę zaczął krzyczeć, że nie życzy sobie filmów, ani zdjęć. Jego fizjonomia nie była ani piękna, ani szczególnie urokliwa, więc wyłączyłam kamerę, żeby nie dostał zawału ze złości.  Weszliśmy do pierwszej sali. W gablotach zgromadzone były fotografie rodziny Bułhakowa znane mi z licznych publikacji. Przejęta chwilą zaczęłam tłumaczyć kolegom, kto jest kto. Nie zauważyłam, że studentka gdzieś się zapodziała. Po jakiejś chwili wróciła i oświadczyła nam, że to nie jest muzeum Bułhakowa, a jego fałszywy wariant, który stworzyła jakaś komercyjna firma. Szybko więc wyszliśmy stamtąd. Na szczęście portier nie zarządał od nas opłaty za zwiedzanie jednej sali. Dopiero wówczas dotarło do nas, że mieszkanie do którego weszliśmy mieści się na parterze, a siedziba Wolanda była na 5 piętrze. Muzeum Bułhakowa mieściło się w następnej klatce schodowej. Była to ta słynna klatka, którą miłośnicy Bułhakowa pokryli wszelkimi możliwymi malunkami. Jednak mieszkańcy wywalczyli remont klatki i obecnie pozostało tylko parę malunków. Może kiedyś znowu się one pojawią, bo dyrekcji Muzeum udało się przenieść lokatorów do innych mieszkań. W Muzeum nie było zbyt wiele pamiątek po Bułhakowie, co nieco mnie rozczarowało. Jednak panował tu jakich klimat szczególny. Muszę dodać, że Bułhakow mieszkał tu krótko, tylko 3 lata (od 1921 do 1924 roku) tuż po przyjeździe do Moskwy. Była to tzw. "komunałka", czyli każdy z lokatorów zajmował jeden pokój w pięciopokojowym mieszkaniu. Kuchnia była wspólna. Nie tylko gotowali tam wszyscy jedzenie, ale (O, zgrozo!) myli się. Była co prawda toaleta, ale nie było łazienki. Bułhakow nie znosił tego mieszkania. Jego sąsiadami byli bimbrownicy, alkoholicy i pewna złośliwa Annuszka, która w "Mistrzu i Małgorzacie" rozlała olej. W tym mieszkanku z piekła rodem pisarz stworzył "Białą Gwardię", "Diaboliadę", "Zapiski na mankietach". Bułhakow był wówczas bardzo biedny i zadręczony dzikimi awanturami sąsiadów. Twórcy Muzeum zebrali eksponaty z czasów, w których żył tu pisarz, starając się oddać klimat tego mieszkania. Nic dziwnego, że tutaj umieścił Bułhakow diabłów, którzy przybyli do Moskwy. W latach 70. zburzono dom, gdzie Bułhakow napisał większość swoich utworów, w tym "Mistrza i Małgorzatę". Pracownicy Muzeum z przejęciem opowiadali o daremnych próbach ocalenia tej siedziby. W galerii zdjęć umieściłam sporo zdjęć z tego Muzeum. Możecie je zobaczyć. To jedyne miejsce, gdzie fizycznie przebywał Bułhakow. Pozostały oryginalne posadzki, schody, po których chodził, parę oryginalnych zdjęć, drobnych przedmiotów osobistych pisarza. Nic szczególnie wielkiego, ale dla miłośnika jego twórczości to są prawdziwe skarby, chociaż tak naprawdę, to zostały po nim jego dzieła, a to jest najważniejsze, tak sądzę. Wieczorem byliśmy na monodramie opartej na opowiadaniu Gogola "Portret", co dopełniło magię tego dnia. Gogola Bułhakow uznawał za swojego Mistrza.  
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Wesołych Świąt!

poniedziałek, 13 kwietnia 2009 0:43
Drodzy moi znajomi ze świata wirtualnego, wymiaru kosmicznego składam Wam najserdeczniejsze życzenia z okazji Świat Wielkanocnych, które w wymiarze duchowym zawsze są dla mnie czasem refleksji nad własnym zyciem i losem. Nie będę się siliła na oryginalność i zacytuję Wam życzenia jednego z moich sympatycznych byłych studentów R.R. w stylu góralskim:
 Pisanych jojecek, wirzbowych bazicek, kiełbasy święconej, dużo krzanu do niej, baby polukrzonej,kukielki pieconej, Zmartwychwstanio w dusy i Wiesny... po usy!











Niestety grypa uniemożliwiła mi prawdziwe świętowanie i pisanie o Moskwie.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Zdjęcia z Moskwy

poniedziałek, 06 kwietnia 2009 23:58
Ciągle brakuje mi czasu, ale dałam parę zdjęć do nowej galerii "Moskwa 2009". Tak bardzo chciałabym napisać o swojej podróży. Może podczas Wielkanocy uda mi się znaleźć wolą chwilę. Odkryłam, że są dwa Muzea Bułhakowa! Jedno - to "Dom Bułhakowa", gdzie zbija się kasę, a obok drugie, prawdziwe. Cieszy mnie fakt, że Moskwa zblizyła się do Zachodu pod względem poziomu życia, bo wielu Rosjan czuło się upodlonych poszukiwaniem elementarnych artykułów żywnościowych i innych rzeczy. Podobnie  było kiedyś u nas (sam ocet w sklepach), ale rosyjska inteligencja nadal pozostała taka otwarta jak kiedyś i kochająca literaturę, poza tym nadal są tam wspaniałe teatry. Oglądałam dwa spektakle. Niestety muszę kończyć. 
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 24 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  343 424  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Mój bloog zawiera zarówno zapiski z życia codziennego, jak i moją twórczość (opowiadania oraz wiersze). Nie jestem osobą młodą, mam dwoje dorosłych dzieci, męża. Wykształcenie humanistyczne. Pracuję n...

więcej...

Mój bloog zawiera zarówno zapiski z życia codziennego, jak i moją twórczość (opowiadania oraz wiersze). Nie jestem osobą młodą, mam dwoje dorosłych dzieci, męża. Wykształcenie humanistyczne. Pracuję na jednej z polskich uczelni.Próbuję wytrwać.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 343424

Lubię to